Pages

4 listopada 2014

Farbowanie naturalne 2014 - czarna malwa

Chyba ostatni post o tej tematyce w tym roku. 
Czarna malwa (Alce rosea L.) Moje 4 krzaczki posadzone w ubiegłym roku nawet jeszcze nie raczyły zakwitnąć, ale za płotem u sąsiadki rosło ich kilka. Jak tylko zaczęła kwitnąć, poprosiłam ładnie o zbieranie przekwitniętych kwiatów. 


Dostawałam systematycznie nawet po kilka kwiatków, łącznie z tymi, co leżały na ziemi. Ostatecznie samego suszu, bez zielonych końcówek było 62 gramy. Pomna podfilcowanych dredów, które otrzymałam farbując świdośliwą, najpierw uprzędłam w 2ply 50 g polwarth-u (niefajnie mi się go wyczesywało) i według zaleceń Finextry zaparzyłam susz kwiatowy, odcedziłam i do barwnego płynu włożyłam wełnę. 


Pyrkało ponad godzinę, zapomniałam o garnku. :-( Być może to wpłynęło na ostateczny wynik. Po ostudzeniu płukałam, płukałam i płukałam. Za setnym razem przestało się w końcu odbarwiać. Mokre, w świetle łazienki trudno było sklasyfikować w skali barw. Jak wyschło okazało się być, no właśnie...


Tu w świetle dziennym. Z lewej zwinięte razem 3 moteczki, z prawej oddzielne. I tak, dwa są w kolorze takim dżinsowym (niebieski z odrobiną szarego), jeden w lekko fioletowym (fioletowy z niebieskim). Wszystkie były bejcowane 20% ałunem z tą różnicą, że dwa niebieskie bezpośrednio przed barwieniem, trzeci chyba w sierpniu i teraz na chwilę tylko wrzucony do bejcy, gdzie moczyły się te dwa, by po prostu go zmoczyć. Niestety, nie mam warunków, pogoda nie pozwala, by popołudniu zrobić lepsze zdjęcie bez lampy, stąd przepraszam za złą ostrość, ale chodzi mi o kolor. 
Poniżej w świetle żarówek i lampy błyskowej, słabiej widać różnicę odcieni, ale gołym okiem jest ona widoczna.


Nie otrzymałam szarości, ale też nie otrzymałam turkusowych odcieni, jak Finextra, czy niemieckie farbiarki. Na ile na zmianę koloru ma wpływ woda (chemik z pracy mówił mi, że nasza kranówka jest dość bogata w minerały, ale jak one wpływają na moje farbowanie ???), na ile wysuszenie kwiatu, pojęcia nie mam. Możliwe, ze wcześniejsze wyjęcie z kąpieli wodnej, jeszcze gorącego, przepłukanie też wpłynęłoby znacznie na kolor. 
Nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać kciuki za nowe nasadzenia malwy, by przetrwały zimę, zakwitły obficie, bym miała czym dalej próbować.


1 listopada 2014

Post z lekka nieudany

Post może i udany, jeśli nie okaże się być zbyt nudny, ale moje ostatnie poczynania właśnie z lekka nieudane były i to na dwóch różnych frontach. Obydwa tematy poległy estetycznie, w dużej mierze przez... pojemniki, pudełka, formy - jak zwał, tak zwał.
Pierwszy front, to sery. Tak, sery ! Liczba mnoga. :) Nie ze względu na wielki przerób mleka, co na ilość małych serków. Tym razem sztuczną krówkę, czyli mlekomat, 'poprosiłam' o 4 litry mleka, 3 litry z myślą o serach, litr z przeznaczeniem na ricottę. Już na zupełnym luzie, bez ciągłego patrzenia na zegarek, ale z termometrem w ręku, ruszyłam do działania. Wcześniej długo myślałam o tym, co może mi posłużyć za formę. W sklepach oczywiście małe cedzaki nie są do kupienia, a małe sitka niestety nie mają dziurek na bokach. Nawet nie było małych plastikowych miseczek, z których można byłoby porobić na gorąco dziurki. Z braku laku, padło na małe pojemniczki, w których pakuje się w sklepach surówki, sałatki, etc. 
I tak, są dwa małe sery naturalne, bez dodatków, jeden z kuminem rzymskim i jeden z sypką słodką papryką. Temat ziół, innych niż oregano, liść laurowy, majeranek, etc, to u mnie wielkie wyzwanie.  Na długich regałach w większości zalegają różnorakie kompozycje, mieszanki, a pojedyncze zioła są tylko te najbardziej znane.


Sery były bardzo kształtne, ale schrzaniłam je mocząc w solance. Trzeba było moczyć każdy oddzielnie, a nie hurtem, bo niestety się odkształciły od talerzyka, który je blokował przed wypływaniem na powierzchnię solanki. Przypadkowo udało i się kupić kefir z bakteriami robico (takie zalecane były w jednym z przepisów na ser a'la koryciński), co prawdopodobnie przełożyło się na lepsze dziurki. Ale tylko prawdopodobnie. ;-)

Sukcesem też zakończyła się próba uzyskania ricotty z serwatki. Poszło sprawnie i szybko. Pewnie za sprawą krowiego mleka, a nie, jak poprzednio mleka i śmietanki ze sklepu. Na zdjęciu widać drobiny lekko brązowe. Możliwe, że to początek przypalenia, ale sam garnek na dnie nie nosił śladów takowego i smak ricotty bez zarzutów. Na zdjęciu ricotta bezpośrednio po wyjęciu z chusty, w której wisiał całą noc, bo miał  ociekać. Jest bardzo zwarta, po dodaniu śmietany starczy na parę kanapek.


Sprawa foremek, pojemników wpłynęło znacznie na poczynania na drugim - kosmetycznym froncie.
Tydzień temu dojechała druga przesyłka ze sklepu 'Zrób sobie krem'. Bardzo długo kombinowałam, co powinno się w niej znaleźć, bo chyba (patrząc pod kątem ich działania), powinnam mieć połowę specyfików z oferty. No i trochę przekombinowałam. 


Najłatwiej było mi zrobić wodę micelarną, bo składniki trzeba tylko odmierzyć i połączyć ze sobą wstrząsając. Ilość wg przepisu starcza mi na tydzień i odpowiada mojej cerze. Jutro więc mieszam kolejną porcję. :-)

Większym wyzwaniem było mydło. Poszłam na łatwiznę kupując bazę mydlaną. Patrząc teraz na efekt, nie wiem, czy to był dobry pomysł, jednak wówczas, gdy zamawiałam nie mając dokładnych przepisów, wiedząc tylko, że trzeba uważać i znając tylko kilka ogólników, bez szczegółów, obawiałam się zabawy w małego chemika. Po rozpuszczeniu bazy dowartościowałam ją masłem shea, naturalnym sokiem wyciśniętym z pomarańczy, startą z niej skórka i ziarnami kawy. Udział tych dwóch ostatnich dodatków powalił mi estetykę. Masa niestety nie stała się piękna pomarańczowa z drobinami kawy, ale brunatna, drobiny kawy ulokowały się na spodzie formy a skórki wcale nie widać. Cóż, później doczytałam, że dodatki tego typu dodaje się, gdy masa jest bardziej gęsta. Wcześniej dowiedziałam się z netu, że dodatki miesza się z masą  przed wlaniem do formy, to i dodałam. Teraz i tak nie wiem, na ile gęsta ma być ta masa. No i jeszcze te nieszczęsne foremki, pojemniki do zastygania mydeł. Długo szukałam rozglądając się wkoło. Chciałam mieć proste, zwykle kształty mydła, równo odcięte. Ale złośliwie pojemniczki po spożywanych produktach miewają najczęściej wzorki, które po rozcięciu mydła na mniejsze kawałki, byłyby góra z 2 stron. Nie chciałam mydełek z foremek muffinowych, wylałam więc do szklanej formy (naczynie żaroodporne), a ze ścinków bocznych zrobiłam małe mydełka w plastikowej foremce do lodów. I chyba ostatni raz użyłam tej foremki. Wyciąganie ich to wyzwanie, a w grę nie wchodzi uprzednie wyłożenie folią, bo ta prawdopodobnie schrzani wzorek. Schładzanie formy w lodówce wcale nie ułatwiało wyjęcia. Ostatecznie się udało, ale co sobie poklęłam, to moje. 
Pozostaje teraz poczekać kilka tygodni i łudzić się, że chociaż będą się pienić. :)


Na koniec muszę pochwalić się białym amarylisem. Zakwitł i jest piękny. Zasługa moja w tym tylko taka, że udało mi się go wypatrzeć w sklepie, gdy stał w tłumie innych, czerwonych, czerwonawych. Był tylko łodygą kwiatową z pąkiem, niezdradzającym odcieni czerwieni. Na dodatek sama kwiatowa łodyga była dziwnie odgięta od pionu kwiatu i codziennie odwracałam doniczkę na parapecie, aby się naprostowała zanim otworzy pąki, bo mogłaby się przewracać. Dziś na 2 minuty wyszło słońce, więc od razu chwyciłam za aparat.


Samo słońce dawkuje się tutaj w porcjach tak małych, że przykro się robi. A to dopiero początek dni szarych i bez słońca. Na szczęście jest temperatura względna, ale kto wie, co będzie za tydzień.




25 października 2014

Się Porobiło - cz.99 - jesienny komplet

Powstał prawie tydzień temu i żałuję, że wcześniej nie zrobiłam zdjęć. Dziś miałam z nimi spory problem ze względu na 'ciemności' słoneczne. Lepsze udało mi się wybrać i tak widać coś na zasadzie otulacza, ale nie do końca, bo nie jest zwężane ku górze. Dlaczego ? Z dwóch powodów. Po pierwsze, chciałam mieć coś, co można narzucić też w pracy na ramiona, np. na bluzkę, a po drugie - moja zimowa kurtka jest z kapturem i chyba lepszym rozwiązaniem będzie coś pod kapturem, a nie na kapturze. 


Zainspirowałam się wzorem z Ravelry na ... spiralny kaptur ? ;-)
Na druty poszła farbowana aksamitką przędza ręcznie kręcona z merynosa.

Brzeg tym razem nie ściągacz, ale podginany brzeg z 'ząbkiem'. Wzór podstawowy na 7 oczek, w rękawiczkach zmniejszyłam na 5 oczek. Rękawiczki dłuższe, czy raczej wyższe.


 Do kompletu jest banalna czapka. Niestety, nie udało mi się jej uwiecznić dobrze na zdjęciu. Jest kompletnie niefotogeniczna. Zdecydowanie lepiej wygląda na głowie. Prosta, jednakowo szeroka na całej długości, ściągnięta w punkt na czubku. Taka forma skarpety na głowie i tyle.


Na zdjęciach widać naturalne odcienie koloru. Bardzo mi się to podoba Oczywiście w różnym świetle kolor jest nieco inny i już sama nie wiem, jaki on jest naprawdę. :-)))

Pogoda od wczoraj znacznie gorsza. Ochłodziło się. 
Trzy dni temu było jeszcze tak:


A wczoraj wieczorem hurtem pakowałam pelargonie, komarzyce i fuksje do domu. Wniosłam też i truskawki. Wiem, pamiętam, chciałam je przewieźć na działkę i zadołować, ale ponieważ temperatura tak nagle gwałtownie spadła, a mnie się ich żal zrobiło, to i stoją w kuchni. Nie wiem, jak będzie dalej, ale wystawić je ponownie na temperaturę niższą o 20 parę stopni, to też raczej nie bardzo. Sama już nie wiem. Może nie muszą mieć zimowego spoczynku ? Ale co mogłam zrobić, skoro wyglądają tak ?






19 października 2014

Mój pierwszy ser

I mam nadzieję, że nie ostatni.
To a'la koryciński. Na ser nakręciłam się dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy skosztowałam go na Festiwalu Smaku w Grucznie w ubiegłym roku. W tym roku gotowa byłam już go nabyć, ale powaliła mnie cena. Trochę przypadkowo natrafiłam na przepis na domowy ser w tym stylu na forum kulinarnym, jednak odstraszył mnie opis wykonania - prawie aptekarski. :-( Inną sprawą był dostęp do krowy, bo tylko z takim mlekiem jest co robić. Odpuściłam..., jak widać, tylko na chwilę.


Niedawno ryjąc w necie w zupełnie innym temacie, trafiłam na blog Ziołowy Zakątek, a tam nie tylko prosto opisane wykonanie sera a'la koryciński, ale też sporo innych informacji o domowym serowarstwie i nie tylko.

Pozostała sprawa zakupu podpuszczki (zdecydowałam się na naturalną - nawet nie wiedziałam, że są różne i w sumie nabycie nie stanowi problemu), organizacja sprzętu i mleka. Obyło się bez wizyt na wsi i problemów z przewozem białego płynu. W moim mieście od ponad 3 lat jest mlekomat. Podchodziłam do niego, jak pies do jeża, bo nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak fajnie przemyślany. Mleko przebywa w nim w na tyle niskiej temperaturze, że nawet przewóz kilkunastu kilometrów nie spowodował zbytniego ogrzania mleka. Na dodatek możliwość zakupy butelek w mlekomacie (plastikowych, szklanych zwykłych i kolorowych) rozwiązało mi kolejny problem. Koszt mleka z mlekomatu nie jest specjalnie wysoki w porównaniu ze sklepowym, 3 złote z litr. Mleko pochodzi od konkretnego dostawcy. Jedyna niedogodność, to potrzeba monet, bo póki co, w mlekomacie nie można płacić w jakiś wymyślny sposób, tylko właśnie monetami 1 i 2 złotowymi oraz 50, 20 i 10 groszówkami. Ale z tym przecież da się żyć. Na próbę kupiłam litr mleka w ubiegłym tygodniu z przeznaczeniem na lody. Wyszły pyszne. Wczoraj pojechałam po 6 litrów i tym sposobem mam z 5 litrów blisko kilogram (dokładnie mówiąc 995 g ważonego przed włożeniem do solanki) sera. Niestety, nie udało mi się zrobić ricotty z serwatki. Tzn udało, ale ilości iście mikroskopijne, bo ledwie 2 łyżeczki :-))) 
Ale co tam, mam przecież pyszny ser. Te ciemne drobinki, to suszona bazylia - nie miałam wyczucia ile dać, dałam za mało.



Wersja z 5 litrów dla mnie optymalna, bo nie mam ani garnków, ani sita na tyle wielkiego, by pomieścił więcej mleka i sera.
Próbowałam zaraz po wyjęciu z solanki. Pewnie jutro zyska trochę jeszcze na smaku. Ale i tak mi bardzo odpowiada.
Dzięki za przepis i dzięki za mlekomaty ! ;-)

Edytuję: Ser zmienia smak. Staje się bardziej 'konkretny' i wyrazisty. Początkowe wrażenie i postanowienie, żeby w następną solankę wsypać więcej soli z każdym dniem weryfikuję i już o tym pomyśle nawet nie myślę. ;-)







11 października 2014

I co dalej ?

W końcu ukręciłam. Uffff.... Miał być sierpień z BLF, z przeciągnęło się do wczoraj. Ale uczciwie mówiąc, gdzieś w połowie zrobiłam sobie dużą przerwę odkładając wrzeciona daleko.
Miałam 300 gram w 3 naturalnym odcieniach, po 100 g białej (jest raczej mocno śmietankowa), jasno beżowa i ciemniejsza. 


Single kręciłam kolorami i już wówczas, przy zmianie koloru na kolejny odczuwałam w palcach minimalną różnicę w grubości włókien. Zaczęłam od beżowych odcieni. Grubszą wełną wydała mi się być ciemniejsza w odcieniu. Jako ostatnia skręcana była biała. Ta jest najdelikatniejsza, najcieńsza. Ponieważ starałam się utrzymywać tę samą grubość nici, białej wyszło najmniej, a proporcjonalnie więcej beżowych.

biała = 171,5+183+179,8+187,7=722
j.bezowa = 174,4+190,3+169,6+232=766,3
c.beżowa=209,5+181,7+215,8+202,2=809,2

I tak łącznie mam 2 297,5 w 2ply, czyli ukręciłam tym razem 4 595 m ! W sumie dużo to i zarazem niewiele, jak przełożę sobie na odległości np ulic.


Jaka to grubość przędzy najlepiej pokazują zdjęcia. Niestety, na drugim porównanie ze szpilką nie wyszło najlepiej, ale coś tam, pomimo kiepskiej ostrości, da się zobrazować.


Mam w głowie pomysł na dzianinę, ale nie wiem, czy taka cienizna zda w nim egzamin. Póki co ciepło. Jak robiłam zdjęcia przedpołudniem, na stole leżał domowy termometr, (bo niestety ostatnio myjąc okna, odkleiłam od szyby ostatni  z klasycznych, przyklejanych do szyb i wstyd się przyznać, nie posiadam innego), no i powalał wskazaniami słupka rtęci.

  

Cieszy taki widok, oby możliwie długo było ciepło. Nie dalej jak w poniedziałek przed siódmą już spychałam 'coś' z przedniej szyby samochodu. Na szczęście nie skrobałam, ale zepchnąć wycieraczkami się tego nie dało. 
Tymczasem wracam do dziergania 'z aksamitek'. :)








4 października 2014

Farbowanie naturalne 2014 - mahonia

Mahonia, dość popularna roślina, ale średnio lubiana. Sama lata temu miałam na działce (po poprzednich właścicielach), ale zlikwidowałam, bo wówczas mi bardzo przeszkadzała ostrość jej liści. Urodziwa też nie jest i nawet teraz wiedząc, że można ją wykorzystywać barwiersko, nie wiem, czy chciałabym ją uprawiać zważywszy na ilości surowca, jaki trzeba posiadać do barwienia. Sąsiedzi też postanowili zlikwidować niewielki krzew, który mieli u siebie. Zdążyłam jeszcze załapać się na owoce. Niestety, pewnie ze szkodą dla koloru, owoce nie były mocno dojrzałe, a takie, jak widać na zdjęciu. Po prostu zrobiły się niebieskie. Nie od razu farbowałam, owoce dostałam pod koniec sierpnia, zamroziłam. Nie było tego wiele - 160 g, ale i tak się cieszyłam, że mogę wypróbować. 
Barwiłam w garze, w kąpieli wodnej, gotując ponad godzinę wcześniej rozgniecione owoce. A, wełenka była wcześniej zaprawiona ałunem. 

Birgit w swoim blogu pisze o znaczeniu temperatury w farbowaniu. Moje efekty kolorystyczne wcisnęły się gdzieś pomiędzy jej wyniki. 
Na razie pokazuję strzyżę, bo nie wiem, czy spożytkuję ją do przędzenia, czy raczej do filcowania. Sama strzyża jest trochę podgryzająca, stąd moje wahanie.
Kolor wełenki jest, jak to w barwieniu naturalnym, bardzo różny w zależności od warunków atmosferycznych. Pierwsze zdjęcie (górne), podczas wysychania, w dniu niezbyt słonecznym, dwa kolejne poniżej, w dzisiejszym słońcu. 


A tak na marginesie, to dopiero dzisiaj w Wikipedii, gdy podpinałam link dostrzegłam wpis o farbierstwie, ale z notkę nie o owocach, ale o kwiatach. Spotkałyście się z wykorzystaniem kwiatu ?


2 października 2014

Się Porobiło - cz. 98 - Zielone skarpety

Nie mogłam. No musiaaaałam odłożyć aksamitkowy udzierg i wrzucić na 4 druciki zieloną wełenkę z ostatniego posta. Skarpety identyczne z ognistymi. Wełna ta sama (tylko przefarbowana), troszeczkę nierówna, więc znowu ścieg gładki (prawa strona oczka prawe, lewa lewe), 48 oczek, druty hmm...  dwójeczki. 
No i są. W świetle popołudniowym wyglądają tak. Ostatni kadr doświetlony lekko sztucznym światłem.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...