Post może i udany, jeśli nie okaże się być zbyt nudny, ale moje ostatnie poczynania właśnie z lekka nieudane były i to na dwóch różnych frontach. Obydwa tematy poległy estetycznie, w dużej mierze przez... pojemniki, pudełka, formy - jak zwał, tak zwał.
Pierwszy front, to sery. Tak, sery ! Liczba mnoga. :) Nie ze względu na wielki przerób mleka, co na ilość małych serków. Tym razem sztuczną krówkę, czyli mlekomat, 'poprosiłam' o 4 litry mleka, 3 litry z myślą o serach, litr z przeznaczeniem na ricottę. Już na zupełnym luzie, bez ciągłego patrzenia na zegarek, ale z termometrem w ręku, ruszyłam do działania. Wcześniej długo myślałam o tym, co może mi posłużyć za formę. W sklepach oczywiście małe cedzaki nie są do kupienia, a małe sitka niestety nie mają dziurek na bokach. Nawet nie było małych plastikowych miseczek, z których można byłoby porobić na gorąco dziurki. Z braku laku, padło na małe pojemniczki, w których pakuje się w sklepach surówki, sałatki, etc.
I tak, są dwa małe sery naturalne, bez dodatków, jeden z kuminem rzymskim i jeden z sypką słodką papryką. Temat ziół, innych niż oregano, liść laurowy, majeranek, etc, to u mnie wielkie wyzwanie. Na długich regałach w większości zalegają różnorakie kompozycje, mieszanki, a pojedyncze zioła są tylko te najbardziej znane.
Sery były bardzo kształtne, ale schrzaniłam je mocząc w solance. Trzeba było moczyć każdy oddzielnie, a nie hurtem, bo niestety się odkształciły od talerzyka, który je blokował przed wypływaniem na powierzchnię solanki. Przypadkowo udało i się kupić kefir z bakteriami robico (takie zalecane były w jednym z przepisów na ser a'la koryciński), co prawdopodobnie przełożyło się na lepsze dziurki. Ale tylko prawdopodobnie. ;-)
Sukcesem też zakończyła się próba uzyskania ricotty z serwatki. Poszło sprawnie i szybko. Pewnie za sprawą krowiego mleka, a nie, jak poprzednio mleka i śmietanki ze sklepu. Na zdjęciu widać drobiny lekko brązowe. Możliwe, że to początek przypalenia, ale sam garnek na dnie nie nosił śladów takowego i smak ricotty bez zarzutów. Na zdjęciu ricotta bezpośrednio po wyjęciu z chusty, w której wisiał całą noc, bo miał ociekać. Jest bardzo zwarta, po dodaniu śmietany starczy na parę kanapek.
Sprawa foremek, pojemników wpłynęło znacznie na poczynania na drugim - kosmetycznym froncie.
Tydzień temu dojechała druga przesyłka ze sklepu 'Zrób sobie krem'. Bardzo długo kombinowałam, co powinno się w niej znaleźć, bo chyba (patrząc pod kątem ich działania), powinnam mieć połowę specyfików z oferty. No i trochę przekombinowałam.
Najłatwiej było mi zrobić wodę micelarną, bo składniki trzeba tylko odmierzyć i połączyć ze sobą wstrząsając. Ilość wg przepisu starcza mi na tydzień i odpowiada mojej cerze. Jutro więc mieszam kolejną porcję. :-)
Większym wyzwaniem było mydło. Poszłam na łatwiznę kupując bazę mydlaną. Patrząc teraz na efekt, nie wiem, czy to był dobry pomysł, jednak wówczas, gdy zamawiałam nie mając dokładnych przepisów, wiedząc tylko, że trzeba uważać i znając tylko kilka ogólników, bez szczegółów, obawiałam się zabawy w małego chemika. Po rozpuszczeniu bazy dowartościowałam ją masłem shea, naturalnym sokiem wyciśniętym z pomarańczy, startą z niej skórka i ziarnami kawy. Udział tych dwóch ostatnich dodatków powalił mi estetykę. Masa niestety nie stała się piękna pomarańczowa z drobinami kawy, ale brunatna, drobiny kawy ulokowały się na spodzie formy a skórki wcale nie widać. Cóż, później doczytałam, że dodatki tego typu dodaje się, gdy masa jest bardziej gęsta. Wcześniej dowiedziałam się z netu, że dodatki miesza się z masą przed wlaniem do formy, to i dodałam. Teraz i tak nie wiem, na ile gęsta ma być ta masa. No i jeszcze te nieszczęsne foremki, pojemniki do zastygania mydeł. Długo szukałam rozglądając się wkoło. Chciałam mieć proste, zwykle kształty mydła, równo odcięte. Ale złośliwie pojemniczki po spożywanych produktach miewają najczęściej wzorki, które po rozcięciu mydła na mniejsze kawałki, byłyby góra z 2 stron. Nie chciałam mydełek z foremek muffinowych, wylałam więc do szklanej formy (naczynie żaroodporne), a ze ścinków bocznych zrobiłam małe mydełka w plastikowej foremce do lodów. I chyba ostatni raz użyłam tej foremki. Wyciąganie ich to wyzwanie, a w grę nie wchodzi uprzednie wyłożenie folią, bo ta prawdopodobnie schrzani wzorek. Schładzanie formy w lodówce wcale nie ułatwiało wyjęcia. Ostatecznie się udało, ale co sobie poklęłam, to moje.
Pozostaje teraz poczekać kilka tygodni i łudzić się, że chociaż będą się pienić. :)
Na koniec muszę pochwalić się białym amarylisem. Zakwitł i jest piękny. Zasługa moja w tym tylko taka, że udało mi się go wypatrzeć w sklepie, gdy stał w tłumie innych, czerwonych, czerwonawych. Był tylko łodygą kwiatową z pąkiem, niezdradzającym odcieni czerwieni. Na dodatek sama kwiatowa łodyga była dziwnie odgięta od pionu kwiatu i codziennie odwracałam doniczkę na parapecie, aby się naprostowała zanim otworzy pąki, bo mogłaby się przewracać. Dziś na 2 minuty wyszło słońce, więc od razu chwyciłam za aparat.
Samo słońce dawkuje się tutaj w porcjach tak małych, że przykro się robi. A to dopiero początek dni szarych i bez słońca. Na szczęście jest temperatura względna, ale kto wie, co będzie za tydzień.