Ojoj, jak się nakręciłam na mieszanie wełny na desce. Na początek miało pójść zwykłe połączenie corriedale z nylonem, z myślą o skarpetkach. Skrupulatnie, jednakże na oko, podzieliłam wełny na mniejsze porcje tak, by 100 g corriedale zmieszać z 20 g nylonu.
Nie wiem, jak należy dobrze władać czesanką w ręku, nakładając ją na deskę do mieszania, by po czasie nie mieć podrapanej skóry palców. Logika oczywiście podpowiada ze nie powinnam bokiem wskazującego palca, ani czubkami dotykać igiełek deski, no ale cóż... rozum swoje, palce swoje. Ale mam... piękne, całkiem zgrabne ruloniki. Oczywiście zaraz zabrałam się za przędzenie...Szło w miarę miło. Palce nieco szorstkie, ale... po czasie przestało coś mi pasować. Dało się wyczuć niewielki, ale jednak (w miejscach, gdzie mieszanie nazbyt doskonałe nie było), brak poślizgu. Nylon dość śliski jest, corriendale, może niezbyt miękkia, ale raczej nie tępa... skąd więc to, co czuję ?
Odpowiedź oczywiście banalna... Mieszałam czesanki wieczorem, póki co, przy świetle sztucznym i ... zamiast nylonu wzięłam wiskozę perłową. I tu kurtyna opada... czytelnicy można się śmiać :D
Na razie mam w dublu 60 gram tejże mieszanki. Czy to się nadaje na skarpetki (chociażby do spania) ? W sumie... kto mi zabroni ??! :)
Druga nauka z tego mieszania jest taka, że jednak trzeba bardzo skrupulatnie, naprzemiennie nakładać czesankę na deskę. W mieszaniu do artów można sobie pozwolić na luzackie podejście, jednak w przypadku tego, co ja chciałam uzyskać, włókna dokładanej czesanki, powinny być w miarę równomiernie rozłożone. Fakt, że u mnie tak nie było, dał mi (w moim przypadku, na szczęście), do myślenia.
Przędąc ceniznę na skrzydełku jumbo (bo nie chciało mi się przekładać na zwykłe), zastanawiam się i na tyle mnie to intryguje, że zapytam... po jakie licho jest oddzielne skrzydełko, z dużym otworem, do grubych, nierównych wełen typu art ? Nie można było taki duży otwór uczynić standardem ? O ile mały przeszkadza w grubasach, o tyle duży nie ma żadnego znaczenia przy cieniznach. Chodzi o kasę li tylko ? Taaaak ? No to słabo...
Śniegi za oknem, dla przekory więc wrzucam kolejne zdjęcia moich kwiatowych zakupów. Głównie też po to, by gdzieś zapisać ich nazwy. Nie lubię bazgrać po doniczkach pomimo, iż one siedzą w osłonkach, to jakoś mi tak, nie bardzo pasuje.
Z lewej kawa (pierwszy raz na oczy widziałam inną niż w filiżance,to kupiłam), z prawej dracena lemon lime (w pośpiechu dracenę kupiłam, jako zielistkę, do pracy).
Długo polowałam na sansewierę (wężownicę) z żółtym brzegiem liści. Mam takie zwykłe, bez tego dekoracyjnego brzegu i tak mi się bardzo zachciało właśnie takiej, lekko ładniejszej. Z prawej coś, jak bardzo drobniutka trzykrotka. Na opakowaniu był napis Callisia repens 'Turtle', a Google podpowiada, że to po naszemu, smużyca płożąca.
Nie mam ręki do paproci. Wykończyłąm już kilka, ale z uporem maniaka brnę w temat. Tym razem trafiły się takie postrzępione trochę liście. Na opakowaniu Phlebosia Nicolas Diamond, czyli - jak piszą w internetach - paproć odporna na braki wody. Wydaje się więc być stworzona dla mnie. :)
Zrobiłam też kolejne podejście do wysiewu bawełny. Miałam jeszcze nasiona z ubiegłego roku. Tym razem od razu wszystkie osiem powędrowało do ziemi. Pierwsze zwiastuny nowego życia pojawiły się po tygodniu stania na parapecie. Kolejne zdjęcia pokazują rośliny w odstępach 3 dniowych.
Zobaczymy tym razem, jak rośliny będą się rozwijać.























