Pages

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotowanie. Pokaż wszystkie posty

3 grudnia 2013

Drożdże mają swój czas.

Odsłona pierwsza - chałka 
Kiedyś, dawno temu, tzn w czasach mego dzieciństwa :-) chałkę drożdżową można było nabyć w sklepie spożywczym. Teraz, to pieczywa inne niż chleb codzienny i bułki spotkać można w sklepach przy piekarniach. Tak przynajmniej jest u mnie. A smaki dzieciństwa mamy gdzieś tam z tyłu głowy i czasami po prostu się tęskni do nich. I nic tak nie smakuje, jak własnoręcznie wyrabiane ciasto drożdżowe. 

Jest wiele przepisów na chałki, mi bardzo odpowiadają proporcje na chałkę Gusi z forum CinCin. Czy już sama jej nazwa - chałka pachnąca wanilią nie jest bajeczna ? 

 Zaczynamy od zaczynu z:
5 łyżek mleka
5 łyżek mąki
5 łyżeczek cukru
50g drożdży 



Po tym, jak postoi sobie ok 15 minut w cieple, dodajemy:
150 ml mleka
2 jaja
50g masła (rozpuszczone i wystudzone)
5 łyżek cukru
600g mąki
cukier waniliowy 


I całość wyrabiamy ręcznie, czy w maszynie, ale zapewniam Was, że ręcznie wystarczy. Jak to drożdżowe, musi wyrosnąć, czyli - jak to w przepisach podają - podwoić swoją objętość. Czas leżakowania, to czas na decyzję, czy pieczemy dwie chałki mniejsze, czy jedną dużą. Dzielimy więc ciasto na porcje, wałkujemy potrzebną ilość wałeczków z których splatamy chałkę. Tu zalecam rozważność, bo bywa, że chałka tak pięknie wyrośnie, że rozpycha się w piekarniku dość konkretnie. Ale zanim misternie splecione warkocze trafią do piekarnika, powinny jeszcze poleżakować uprzednio posmarowane żółtkiem i posypane tym, co kto lubi - w moim przypadku, tym razem był to cukier waniliowy i mak. W piekarniku nagrzanym do ok 170 st, na termoobiegu przebywa ok 20-25 minut.


Na zdjęciu z prawej strony widać, jak olbrzymia (od brzegu, do brzegu standardowej blaszki piekarnikowej) wyrosła. :-) Naprawdę polecam, chociaż z połowy porcji spróbować.

Odsłona druga - Tarte flambée.

Danie rodem z Francji, ale tak proste, a w swej prostocie smaczne, że warte polecenia. Poznałam ją dzięki Dziuni - również z forum CinCin - która podała przepis na podstawie "Wielkiej Księgi Chleba" Lindy Collister i Anthonego Blake. 

Dla zainteresowanych podaję wykonanie, które rozpoczynamy podobnie, jak każdego drożdżowego, od zaczynu:
455 g mąki
15 g świeżych drożdzy (suchych 7 g drożdży instant, czyli torebeczka)
280 ml letniej wody

Zaczyn wyrasta ok 10 minut, po czym dodajemy do niego:
 1,5 łyżeczki soli 
1 łyżka oleju
Pozostawiamy ponownie, by podwoiło swą objętość, czyli średnio leżakuje ok 1,5-2 godzin. Ciasto można podzielić na 2 części dla wygody, rozwałkować cieniutko, wyłożyć na blachę (papier, matę silikonową, czy tylko obsypaną mąką), posmarować śmietaną 12-18%, posypać pokrojonym wędzonym boczkiem i cebulką pokrojoną w paseczki. Obficie doprawić pieprzem i nie solić - słoność boczku wystarczy. Pieczemy ok 10-15 minut w piekarniku nagrzanym dość mocno, bo ok 220-230 st, podobnie, jak pizzę. Smakuje na ciepło, jak i na zimno. Mnie osobiście częściej niż z boczkiem zdarza się robić z sopocką.





2 listopada 2013

Się Porobiło - cz. 75 - Listopad rozpoczęty.



Jesień pełną gębą się zaczęła. Chryzantemy królują wszędzie, siąpi i pada, wieje i ogólnie bleeee....
Godzina już w zegarach przestawiona, więc tym bardziej trudno w połączeniu z taką pogodą o sensowne zdjęcie. A chcąc uwiecznić 'ku pamięci' ostatni wytwór namęczyłam się sporo kombinując z temperaturą światła w ustawieniach aparatu tak, by móc zrobić 'z ręki', bez lampy i uzyskać właściwy kolor włóczki. 
Tym razem mitenki męskie. Mało tego, że męskie, to bez sugestii, jakie to niby one mają być. Tzn, nie tak do końca bez sugestii - mają być bez palców. Tak więc powstały z kombinacji 'cienkich' warkoczyków, ściegu ściagaczowego podwójnego i francuskiego i dżerseju (chyba tak się nazywa jeszcze - przynajmniej kiedyś tak było - przeciwna strona francuskiego. Układ tych dwóch ostatnich przypada na nadgarstek. Zdjęcie niestety na mojej dłoni, wiec trochę ciut większe same mitenki. Kolor, znowu fioletowy, ale - jak pisałam wyżej - życzenie, bo to taki kolor dla ludzi twórczych. ;-) A to, w tajemnicy właśnie dla kogoś takiego Pani Żona, zamówiła dla Pana Męża.


Czas taki sentymentalny, powrót we wspomnieniach do ludzi, którzy byli, żyli z nami, do korzeni, do dzieciństwa. Ciągnąc nieco w tym klimacie, ku pamięci wklejam przepis, który nijak bezpośrednio z dzieciństwem mi się nie kojarzy, ale pośrednio i owszem. To ciastka, takie jakby pączki z dziurka, z polewą i posypką. Skąd dziecięce wspomnienia. Ano - posypka ! W latach 70tych wszędzie było szaro i ponuro, a zachodnie pisma pokazywały rozmaite rzeczy, o których u nas można było pomarzyć. Takim m. in dla mnie była kolorowa, cukrowa posypka. Można ją było dostać, podobnie, jak i wiórki kokosowe od kogoś, kto dostał paczkę 'z Zachodu'. :-) Są czasami takie słodkości, przy których należy porządnie 'zgrzeszyć'. Ot, tak, raz na pewien czas. 

W założeniu moim nie było posypki, chciałm co najwyżej 'pomalować lukrem', ale się nie sprawdzał tak, jakbym sobie tego życzyła.Ciasteczko zaczynało wyglądać, jak babeczka, więc zrezygnowałam. Zrobiłam rzadki lukier i w ruch poszła posypka. :-)


 W ramach uwag, co do wykonania, to na pewno nie piekły się u mnie w czasie, jaki podaje przepis, a dwukrotnie dłużej. Piekłam w formie z gotowymi 'dołkami' na takie ciasteczka. I bardzo istotne, o czym trzeba pamiętać, by formy dość mocno posmarować olejem. Robiłam to przy pomocy pędzelka. Wówczas upieczone, wyskakują same, podważone patyczkiem.

I jeszcze w temacie kolorowej posypki przyznam się, ze dla dekoracji bywa, że posypię nią lody. Tutaj zdjęcie z domowymi, waniliowymi. 


28 października 2012

Dyniowy weekend

 W tym roku dynie pojawiły się wcześniej w sprzedaży i już zrodził się zamysł by przytaszczyć do domu jeśli tylko znajdę taką, która bez problemu podniosę i doniosę. Oczywiście najpierw były tylko takie wielkości koła młyńskiego. Jedyne małe to te ozdobne, ze skórką jak na krokodylu. W końcu udało się kupić pierwsze dwie, a później już jakoś tak... i myślę, że jeszcze nie koniec. :-)
 Pojawiło się pytanie, jakiego gatunku mam dynie. Pierwszym razem miałam dwie różne wyglądem, jak i zawartością. Kupione pod kątem dyniowego lampionu kształt i kolor zaskoczyły twardością i kolorem wnętrza. Specjalnie wiec omijałam jeden rodzaj, nie dość, że twarda skórka, to jeszcze środek zielony, co wcale nie wyglądało ładnie w potrawach. Ostatecznie znalazłam na blogu Bei post, który sugeruje, że te piękne pomarańczowe, z rysunkiem południków na obwodzie, to prawdopodobnie Appalachian lub Spooktacular a ta jedyne, większa to na bank Winter Luxury (Cucurbita pepo). Wszyscy zachwalają Hokkaido, a ja jej nigdy (poza zdjęciami) w sklepie nie widziałam. 

 To zdjęcia zachęca do zadania pytania - Czym różnią się te dwa obrazki :-) Obydwa robione o tej samej porze dnia, tyle tylko, że wczoraj było paskudnie, już prawie zimowo, a dziś słonecznie. 
Dynia, której nie dano już wygrzewać się w niedzielnym słońcu trafiła do kuchni w zamyśle na zupę, jak rok temu. Ponieważ wcale nie była taka mała, a nie chciałam zupy na cały tydzień, odważyłam się zrobić mus.

 Mus powstał z myślą o cieście drożdżowym Mirabbelki. Moje pierwsze doświadczenie z ciastem dyniowym, 2 lata temu było kiepskie. Odważyłam się wykonać to, bo znam Mirabbelkę od strony dobrych i sprawdzonych przepisów. Przy okazji oczyściłam pestki. Przyznam, że w dzieciństwie próbowałam, ale coś z nimi było nie tak smakowo, że do dziś omijałam wielkim łukiem. Tak więc w jednym garze, na parze miękła dynia na puree, w drugim gotowała się na zupę wraz z porem, pestki wstępnie wysychały, a na progu kuchni leżakował mój pomagier. ;-)

 Efekty naszej 'wspólnej pracy' kosztowaliśmi dzisiaj. Zupa tym razem, z makaronem i dużym kleksem jogurtu, który złagodził nieco duża ilość pieprzy cayenne. Fajna.
 Placek drożdżowy, hmmm... tutaj szału nie było. Jednak w smaku dobry. Oczywiście dałam zdwojona ilość cukru, bo nie znoszę ciast trochę słodszych od niesłonego chleba. I to była dobra decyzja. Następnym razem skrócę też czas pieczenia, bo pomimo, że piekłam w temp 175 st C 35 min, to brzegi ciasta są nazbyt twarde.
Mus, jak mus, czy tam puree, ma fajną konsystencję i kolor, dlatego nie mogłam się oprzeć, by nie wstawić zdjęcia. Mam nadzieję, ze będzie dobry. Ehh... te kolorki... ;-)

Nie wiem, co będzie z tamtymi dyniami, ostatecznie, czasowo skończą w słoikach. Na pewno któraś stanie się lampionem, jak zawsze, bo lubię i tyle. ;-)
Lubicie dynie ? Macie jakieś fajne na nią sposoby ?




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...