Pages

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

3 marca 2019

Niby powrót

Po każdej przerwie trudno się wraca zwłaszcza, jak była ona podyktowana zwykłym lenistwem. A tak prawdopodobnie było w moim przypadku. No, może nie kompletnie lenistwo, ale jakiś marazm, zniechęcenie, nicnierobienie w temacie robótkowym miało swe przełożenie na brak pisania, no ale...
Jestem.
Potrzebuję tego pisania dla samej siebie, jako pamięci, czyli tego, z potrzeby czego (Jesssu... jaki ograniczony język ! haha) zaczęłam pisać.
Muszę poszukać inspiracji do przerobienia mego swetro-płaszcz, w którym coś mi jednak nie leży. Ogólnie jest fajny, ale... Okazał się być dość długi, co niby lubię, ale jednak jest na co dzień, uciążliwe, a swetro-płaszcz ma być codzienny.Jeju, ale mnie powaliło, jak zobaczyłam datę, kiedy swetro-płaszcz powstał ! Myślałam, że w 2017, nie w 2016 ! I to jest właśnie też dobry przykład, dla którego warto mieć uporządkowaną pamięć. Coś, czego nie daje codzienny super kontaktowy FB !

Czeka też ciągle kokonowy jedwab nabyty na chińskim portalu. Część kokonów jest już dawno przerobiona w chusteczki, jednak ciągle nie mogę się zwinąć, by je zabarwić. Sama z sobą się spieram, czy lepiej najpierw zabarwić (a chcę pastelowy, delikatny kolorek), czy lepiej barwić nitkę. 
Przy okazji należałoby odświeżyć, a właściwie uzupełnić zapasy czesanki. Muszę zajrzeć do Kariny, jej sklepiku, dawno już nie szperałam w czesankach, a wszędzie głównie merynos, którego coraz bardziej nie lubię. Pewnie inaczej byłoby, gdyby wełenki nie były tylko i wyłącznie na własne potrzeby, wówczas motywacja do pracy byłaby większa.

Jak bumerang wraca też temat ekologicznego podejścia do życia. Przyzwyczajenia, by pójść do sklepu i kupić produkt niestety zwyciężają, bo poszukiwania produktów składowych, by coś w domu zrobić samemu bywają uciążliwe. W grę wchodzi, jak zwykle, zakup internetowy, bo stacjonarnie, to wiadomo... Myślałam, że nieco zmobilizuje mnie książka (prezent).


Jednak prawdę mówiąc, pierwszy zapał się wypalił, jak prawie w każdym przepisie pojawiła się sól Epson, której oczywiście nie potrafiłam znaleźć w promieniu kilku kilometrów, więc wiadomo - internet. Jeju, jak się żyło bez internetu ? :-)))



 




15 października 2018

Jesień idzie przez park...

Piękna jesień w tym roku, jak i piękne lato było... 
Miał być post jeszcze trochę wakacyjny, ale mogę następny, bo nie mogłam się oprzeć, by nie wkleić kilku zdjęć ze spaceru w parku miejskim. Park grudziądzki ma długą historię, o której dużo lepiej poczytać można tutaj
Co prawda, w sadzawce nie było łabędzi, które doskonale pamiętam z dzieciństwa, same kaczki (politycznie ? ;-)), może chwilowo... 


Wygospodarowano fragment parku na rosarium, czyli dawny Park Róż. Może daleko mu jeszcze do tego z czasów sprzed I wojny, ale mam nadzieję, bo początek jest obiecujący, że idzie to w dobrą stronę i tylko czasu potrzeba, by rośliny zrobiły swoje. 


Jesień... jesień idzie przez park... - kto pamięta piosenkę Czerwonych Gitar ? ;-)



















24 grudnia 2017

Życzenia

Tradycyjnie o tej porze każdego roku składamy sobie świąteczne życzenia.
Aby tradycji dopełnić i ja, stałym zaglądaczom na mego bloga, jak i przypadkowym zabłąkanym pragnę złożyć najlepsze życzenia świąteczne.

Spędźcie te wolne dni tak, jak najbardziej lubicie, by ten czas był naprawdę miły i dobry !





10 sierpnia 2017

Zamek w Gniewie

Pokrzyżacki zamek, stosunkowo niedawno udostępniony do zwiedzania. 
W mojej okolicy jest trochę zamków średniowiecznych, ale jeszcze więcej więcej ruin. Stąd cieszy każdy odnowiony. W Gniewie jest bardzo komercyjnie, nie każdy więc, kto lubi średniowieczne klimaty będzie zadowolony, bo i ja sama miałam małe 'niesmaczki'. 
Ciekawych historii Gniewa, odsyłam do opracowań bardziej historycznych: tu i np. tu. :)


Sam zamek robi wrażenie. Część budynków rozbudowano, przerobiono na cele 'rozrywkowe', czyli restauracja i hotel wysokiej klasy. Ktoś posunął się nadto daleko (oczywiście to subiektywne moje odczucie) i dla wygody gości dołożył balkony ! (to główny niesmaczek). Ok, jak już trzeba było coś stworzyć, bo może niekoniecznie ze szklanymi balustradami. Być może szkło miało przez swą przeźroczystość miało nie zakłócać całości, miało być niewidoczne, ale ... paradoksalnie... patrząc na budynek nic innego nie widzę, tylko balkony i to szło. Cóż... . Goście pewnie są zadowoleni. :) Ale pewnie się czepiam. ;-) (widać dobrze np. na zdjęciach za Joszkiem, niżej).

Wjeżdżając do zamku samochód można zostawić na bocznych uliczkach, lub pchać się bezpośrednio pod zamek licząc się z opłatą parkingową (parking na tyłach hotelu) w wysokości 5 zł i być prawie na dziedzińcu (miejsce parkingowe nie dla hotelowych gości na tyłach hotelu). 
Zamek można zwiedzać w godzinach wyznaczonych, więc lepiej wcześniej się zorientować, czy akurat jakaś wycieczka się nie wciśnie. Bilety w cenie 10 zł (ulgowy 8 zł). 
Jeśli nie chce nam się zwiedzać wnętrz, można delektować się kawą ma dziedzińcu, czy po prostu posiedzieć i próbować powdychać stare klimaty. Do dyspozycji turystów jest króciutki 'spacerniak' wzdłuż ok 1/4 murów obronnych. Warto się przejść i popatrzeć na Wisłę. 


 Na przedostatnim zdjęciu, oferta wskazuje na 'coś' mojego, ale niestety, to tylko zbieżność nazw. A szkoda, bo kawiarnia pewnie przynosi konkretne zyski. :)))

 Joszko stacjonował centralnie na dziedzińcu, przy studni i zainteresowanie psem było wielkie. :) Były zdjęcia i pytania o rasę, a także wspomnienia przechodniów o swoich psach. To zawsze miłe. Dwie panie, widoczne na zdjęciu, siedzące przy studni bardzo chwaliły Joszka zachowanie i urodę. Z zachowania byłam naprawdę dumna. Poza tym, kobiety fajnie rozmawiały, coś jak dwaj tetrycy z balkonu w Muppet Show. 

Sama mam też kilka zdjęć z Joszkiem, ale mój fotograf się średnio spisał i większość jest poruszonych.


Gdyby komuś spodobały się też zamki i przy okazji trafił w te strony, polecam jeszcze inne. Na murach hotelu była fajna ilustracja. Oto ona. 


Jednak w okolicach warto też popatrzeć po ruinach.



9 sierpnia 2017

Nie mam weny... czyli wyjazd z psem

No nie mam i tyle. :)
Trochę mnie to męczy, bo niby człowiek chce to i tamto, ale jednak chyba nie chce, skoro nie robi. Pokrętna logika, albo niby logika. Tkaniny leżą i się kurzą. Alpacza strzyża dalej w worku. Zero chęci i motywacji. Czasami lenistwo musi być, ale kiedy zaczyna już powoli denerwować, to też nie za  fajnie.
Póki co, udało się wygospodarować trochę czasu i przy okazji psiej wystawy w Sopocie, posiedzieć nad polskim morzem. Właściwie nad zatoką, bo ja bardzo odróżniam morze 'prawdziwe' od morza 'zatokowego' :) 
Oczywiście wcześniej oczytałam się, gdzie mogę być z Joszkiem, doszukałam się pisemnie nawet kolejnej plaży psiej, tym razem w Gdańsku na wysokości Brzeźna, ale tam nie dotarłam, bo w Googlach wcześniej nijak nie mogłam odnaleźć oznaczeń plaż. Ta psia miała być przy wejściu 34. Ale chyba coś pokręcili w artykule, bo takiego numeru na wysokości Brzeźna nie znalazłam. Będąc w zgodzie z prawem, że mogę być z psem na plaży w miejscu nie tyle wyznaczonym, co niezabronionym, czyli tam, gdzie nie ma plaży strzeżonej. Te miejsca powinny być oznaczone wyraźnie znaczkiem zakazu wprowadzania psów. Takie oznaczenie było przy takim główniejszym wejściu, zaraz kolejne już nam umożliwiło pobyt. Jak się okazało, ludzi trochę było, ale były też i psy. Oczywiście mniejsze od Joszka. 


Rozłożyliśmy się skromnie, przy trawach, nikomu nie wadząc. Joszko ochoczo przystąpił do dokopywania się do mokrego, chłodnego piachu ! Przez prawie dwa lata, odkąd jesteśmy razem, nigdy nie kopał ! A tu proszę... jeden ruch przednimi łapami, a pół tony piachu ląduje 2,5 - 3 m dalej. Nie miałam pojęcia, że on taki pracowity. Z przyczyn wiadomych, musiał zaprzestać. :))) Ostatecznie zdecydował się wejść do namiociku i odpocząć.


Później próbowaliśmy bliskości z morzem. Joszko znany jest z tego, że nawet kałuże omija. ;-)
Bez problemu mogliśmy spacerować brzegiem, ale tak, by nie zamoczyć łapek. Trochę było to utrudnione, bo Joszko cieszył się dużym zainteresowaniem. Zrobiono sobie z nim więcej zdjęć niż z nudnym misiem z Krupówek w tym samym czasie. Nawet, co życzliwsi, radzili podstawić kapelusz na opłatę. :) Idąc brzegiem, w pewnym momencie fala dotknęła, ba ! pomoczyła łapkę Joszka. Oj, z niesmakiem Joszko spojrzał na falę i już bardzo, bardzo uważnie kroczył dalej, by tylko nie zamoczyć nawet pazurka. Na tyle ostrożnie, że nie podjął próby ominięcia 'zaparkowanych' na brzegu kajaków, bo przecież musiałby być bliżej wody. A tam fala ! Przemiła pani z obsługi kajaków przybiegła by go przesunąć, tzn kajak, nie psa, bo ludzie pękali ze śmiechu widząc wahanie Joszka. 

Troskliwi panowie z obsługi skuterów i banana ostrzegli mnie, żeby uważać na ludzi, by nie zadzwonił ktoś na straż miejską, bo plaża psia jest dalej. Ale to ja im wyjaśniłam zasady pobytu z psem na plaży. Ha !


15 kwietnia 2017

Się Porobiło - cz. 187 - Świątecznie

Rzutem na taśmę obszyłam mały obrusik w klimacie ludowym. Popularny ostatnio tzw. 'Łowicz', czyli materiał bawełniany z nadrukiem charakterystycznym dla regionu kupiłam kilka tygodni temu od razu z myślą o obrusie, czy raczej bieżniku. Wiosna, święta zmotywowały w końcu do przycięcia i obszycia. Więcej zabawy wymagało wyrównanie wzoru (tu pytanie do szyjących, czy też Was tak bardzo denerwuje krzywo, bardzo krzywo, odcina tkanina ? grrrr) i złapanie linii prostych, przycinanie kawałków na podkładki pod talerze, niż samo szycie (no dobra, lamówki trochę wyhamowały). 


Podkładki pod talerze są z minimalnym pikowaniem 'lotem trzmiela', ale już nie takim narwanym, typowym trzmielowym lotem. Nie panując jeszcze dobrze nad pedałem maszyny i pikowaniem, nie odważyłam się z ręki wcześniej na regularne wzory. Z założenia, na początku, miał być typowy, spontaniczny 'lot'. Jednak już pierwsze centymetry ściegu tak jakoś się ułożyły, że decyzja pojawiła się prędzej pod igłą niż w głowie. 


Nie jest to równe pikowanie. Mam świadomość, jak dalekie jest od ideału, ale cieszy fakt, że tym razem trochę lepiej panowałam nad tkaniną i nogą też nie naciskała pedału konkretnie. Następnym razem pikując, po prostu nakreślę linie na tkaninie i będę czuć się pewniej, mając nadzieję, że się pięknie spierze. :)


Podkładki od spodu mają mięciutką, 'aksamitną' tkaninę w kolorze ecru. Nie mam pojęcia, jak się nazywa, ale fajna w dotyku, grubsza, taka miśkowata. Oczywiście między warstwami tkaniny wierzchniej i spodniej, jest cienka owata. Początkowo chciałam zrobić środek podkładki biały, a brzegi kolorowe i wykończyć gotową, aksamitną, białą lamówką, ale włączyło się praktyczne myślenie, że bezpieczniej kolory odwrócić. To z kolei wymusiło przycięcie pasków z 'łowicza' na wykończenie brzegów.  I chyba tak jest lepiej.


Póki co, zdjęcia robocze, ale kto powiedział, że obrus na święta musi być biały ? ;-) Nie będzie ! :)


A skoro już doszłam do tematu świąt, to życzę wszystkim refleksyjnych, radosnych dni. Pogoda z prognoz w tv nie wróży nic dobrego, mam jednak nadzieję, że żółty kolor, który zaczyna nas ogarniać (żonkile, tulipany, forsycja, bratki) doda energii i słonecznej mocy.

Alleluja !







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...