Pages

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturalne kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturalne kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2020

Się Porobiło cz. 149 - Kwiatkowa koszulka

Nie wiem, kto wymyślił tkaniny o szerokości 1,60 m, ale to jest szerokość naprawdę bez sensu. Coś mi chodzi po  głowie, że dawniej tkaniny były szersze. Mylę się ? Owszem, jak ktoś ma małe dzieci, to obskoczy z pozostałości niejedną fajną rzecz, ale jeśli szyje się tylko dorosłe ciuchy, to albo trzeba się nakombinować, gdy wzór pozwala, albo ma się naprawdę duży odpad.
Mnie się tym razem udało z wykroić koszulkę z szerokości, ale to single jersey, więc leciuuuutko elastyczny. Chociaż miałam opory, że rękawy będą za wąskie, okazało się po uszyciu, że są ok.



Początkowo chciałam, by podkrój na szyi był większy, a wykończenie dekoltu szersze, ale ponieważ tkanina aż tak elastyczna nie jest, leciutko się tylko naciągała, dzięki właśnie splotowi jersey, to lamówkę trzeba było zrobić nie za szeroką. Tym razem jestem bardzo zadowolona, bo zarówno prawa strona, jak i lewa wyszły bardzo ładnie, a ścieg udało się poprowadzić dość blisko brzegu wykończenia i równo. Bankowo, że gdyby była to białą tkanina, albo jakaś inna, jasna, to coś by mi nie wyszło. A tutaj... naciapciany wzorek, który ukryłby niedoskonałości, a ścieg równiutki. :)


Brzegi, zwyczajowo podszywam ściegiem elastycznym. Chyba dużo wody w Wiśle upłynie, zanim siądę do maszyny i założę podwójną igłę. Tak, jak kiedyś mnie przyparło mocno, by kupić na próbę, tak zwyczajnie mi się nie chce.
Koszulka jest taliowana, oczywiście na bazie koszulki z książki 'Super T-shirt'. Przyznaję się, że odkąd korzystam z wykrojów od Agnieszki Tylak, bardziej zwracam uwagę na dopasowanie, nawet takiego t-shirta. Fakt, teraz będzie nieskromnie, że ja dużo na oko robię, w sensie, korzystając z wyobraźni, nie muszę mieć wszystkiego opisanego i wyjaśnionego na przykładach, czy wyliczonego. Owszem, liczenie i matematyka jest mi bliska z racji wykształcenia, jednak mocno do głosu dochodzi też ta bardziej artystyczna dusza i wprawne oko krótkowidza.


Covid19 i częstośc mycia rąk, prania maseczek i dezynfekcja spowodowały, że szybciutko wygrzebałam upchane po kątach specyfiki do produkcji kosmetyków i bazy mydlane. Na szybko powstały 3 mydełka na bazie czarnego mydła afrykańskiego.  Nieszczęśliwie poniosło mnie w barwniki. Sama baza taka trochę... herbaciana, wiec nie mając pomysłu, jak je dowartościować wizualnie by zyskały jeszcze bardziej naturalny wygląd, po dodaniu oleju migdałowego i kokosowego... nakapałam czerwonego barwnika. Gdybym całość zabarwiła jednakowo poprzestając na uzyskanym takim niby pomarańczowym, byłoby dobrze, ale nie... pociągnęło mnie, y dorobić spód mydła w intensywniejszej, wiśniowej barwie. Niestety, nie bardzo się dało. Może i dobrze, bo tego barwnika w tej części mydła nadto, początkowo nawet wyłaziło z mydła przy myciu, ale na szczęście niczego nie barwiło na stałe. Ufff...




13 marca 2019

Się Porobiło - cz.224 - Sól do kąpieli

Jeden z bardzo prostych sposobów na fajną sól do kąpieli, zaczerpnięty z książki Joanny Tołłoczko - 'Kosmetyki do kąpieli. Zrób to sam'. Ta jest pomarańczowa. Wystarczy zmieszać szklankę grubej soli morskiej ze skórką z pomarańczy, dodać olejek zapachowy pomarańczowy. Oczywiście można zamiast pomarańczy użyć cytrynę, czy też połączyć obie ze sobąDodałam też odrobinę soku z pomarańczy. W książce podają, że można taką sól zrobić bezpośrednio przed kąpielą ale, że też można ją przechowywać i nie ma tracić na wartościach. Zobaczymy...





Zmieniając temat na roślinny, rozpoczynam prywatny cykl 'Z życia ziarenek bawełny'. Dziś cz. 1.
Jak pisałam w poprzednich postach, nabyłam bawełnę w paczkach, po 8 ziarenek. Pomna wcześniejszych doświadczeń, najpierw nasionka mają czas decyzji, czy się rozwijać, czy nie w pojemniczku zakrytym dziurkowaną folią do mikrofalówki, leżąc na wilgotnym waciku.
Nasionka leżakują od niedzieli, 10 marca 2019. Na razie wysiałam jedną paczuszkę.


Pisząc dziś ten post, czyli trzeciego dnia leżakowania donoszę uprzejmie, że niewiele się dzieje, jednak chyba powoli zaczynają zapadać decyzje o starcie w nowe życie. ;-)








10 marca 2019

Się Porobiło - cz. 223 - Kule kąpielowe i trochę wiosny

Niby proste, bo robiłam wielokrotnie, ale jednak coś nie do końca wyszło.
Przyznaję, robiłam na pamięć i oko, zachowując podstawowe proporcje ilościowe sody do kwasku, ale chyba dodatku mleka w proszku i mączki ziemniaczanej, ostatecznie było nadto, (trochę ratowałam nimi sytuację - oddając więcej, niż powinnam - bo za bardzo rozwodniłam barwnik. Ten okazał się w ogóle być wyjątkowo złośliwy, chociaż dedykowany właśnie pod tego typu wyroby. Zakropiony do masy średnio barwił, bo wszak wszystko w masie raczej suche, kapnęłam więc wody, która zrobiła swoje, czyli uaktywniła barwnik, jednocześnie też i sodę, co akurat było najmniej korzystne...
Dodatkowo barwnik sprawił mi zawód kolorystyczny. Dopiero próbując zmieszać kolory, na żywioł, przypomniało mi się, że te barwniki żyją własnym życiem, nie zachowują się tak, jak barwy naturalne, czy chociażby zwykłe farbki. No, ale było za późno. Barwnik już pracował z masą i kolorystycznie była masakra. Zawiódł niebieski, który dziwnym trafem zaczął być siny, dodanie czerwonego niewiele zmieniło (!), dopiero ruszyło się żółtym, jednak nie w stronę zielonego a raczej.... jakiegoś bliżej nie określonego obrzydliwego brązu, który dodatkowo z buzującą sodą kojarzył mi się ... eh, nie powiem. :) No wyjątkowo brzydko. Jedynie zapach był miły dla nosa. Wizualnie bida. Wyschnięcie dla żółtego koloru wyszło średnio korzystnie, lepiej zadziałało na ten niefajny brąz.



Ale szkoda mi składników, więc wykorzystam. Pierwsza kula, ta brązowa w wannie początkowo też nie stanowiła radości dla oka chociaż, jak ostatecznie już się woda zabarwiła, kolorystycznie wyrównała, wrażenia pierwotne minęły. 
Cóż, trzeba z pokorą i rozważniej podchodzić do tematu. Swoją droga, ciekawe, jak wielką chemię używają przemysłowo, że te kolory mają takie intensywnie pastelowe. W tygodniu oglądałam takie sklepowe - zero informacji o składnikach. To chyba nawet niezgodne z jakąś tam ustawą konsumencką. 

A teraz dla pamięci własnej, czyli roślinki.
Posiałam 28.02.2019 dwa rodzaje pomidorów. Tak raczej w ramach ciekawostki, dla zabawy, a nie na hektary. Wzeszły łaskawie po tygodniu, trochę mnie niepokojąc, że tak długo. Ten wyższy, to Pokusa - drobny, a wysoki i karłowa wersja - Betalux.


Nabyłam też bawełnę i mam nadzieję chociaż na jedną roślinę ! Muszę posiać, koniecznie.

Posadziłam też kilka pelargonii, liczę że może coś przeżyje i się przyjmie. Problemem pelargoniowym jest to, że najwięcej jest czerwonych, a mnie się marzą ciągle białe i różowe, czy fioletowe.
A, że idzie wiosna, to mimo, że jakoś nie widać, to jednak trochę widać. W tym wietrznym, mokrym dniu udało mi się dostrzec kwitnące gałązki, zmoczone co prawda deszczem, ale jakże ładne. Oczywiście musiałam mocno trzymać gałąź, bo wiatr nie pomagał. 



6 stycznia 2016

Dalia w nitce

Nowy rok rozpoczęłam porządnie, jak przystało, bo z wełną. :) W sumie to dziergam, jednak musiałam  zrobić przerwę, by jednak trochę pokręcić. Oczywiście farbowaną uprzednio resztkę mieszanki skarpetkowej. 
Tym razem czesankę podzieliłam od razu na dwie części, z myślą o każdej skarpetce. I póki co, mam 142,8 m :) w potrójnej nitce skręconej w navajo.



I na koniec, robione na szybko mydełka. Nie wiem, czy nie dałam za dużo olejów, nie przegięłam, bo ciut wilgotne same z siebie pozostały, ale w sumie myją dobrze (bo już pracuje 'ciemne' mydełko). A dodałam i kokosowy, i winogronowy, i masło shea i krople oleju z pszenicy. Dodatkowo warstwa pomarańczowa, to skórka pomarańczy, odrobina z niej soku, a do ciemnej warstwy powędrowała kawa. Czemu mydełko z kawą takie ciut nieforemne ? Bo wredna foremka się zniekształciła pod wpływem temperatury. Dlaczego ? Pojęcia nie mam. Ale efekt taki, że częśc masy mydlanej wyciekła i zastygła na blacie w kuchni. Zdjęcia średnie (leżakujące po wyjęciu z form), ale lepszych nie będzie, bo te z muffinkowych foremek powędrowały na upominki świąteczne. :)



Tymczasem zmykam podziergać i jeszcze raz życzę Wam dobrego roku ! ;)








25 stycznia 2015

Prawie nic

Poza tym, że chodzą mi po głowie wizje, niewiele twórczego się dzieje. Wizje męczą, bo się wiją i wiją i tylko wiją. Podobnie, jak kolejne metry, czy kilometry wełny south american, o której pisałam już i pewnie pisać będę, bo ona chyba się mnoży. :) Im więcej widzę kolejnych moteczków, tym bardziej nie chcę jej farbować. Chociaż z drugiej strony, nie jestem przekonana, czy potrzebuję kolejny taki jasny sweter. Może nie mam jeszcze właściwej inspiracji.

 
Do kul musujących inspiracji nie potrzebuję. Potrzebuję za to nowe foremki, bo te stare już popękały. Na próbę zostały sklejone, ale kiepsko dalej to widzę. Nie uśmiecha mi się kupić jednej formy za ponad dwie dychy tym bardziej, że jednak chciałabym kule maksymalnie o średnicy 5 cm, a te są 6 cm. Zamówiłam wczoraj, w innym sklepie mniejsze, może nie będą tak ochoczo trzaskały, jak te 'szóstki'. Mam też 'pomysł na', czyli wykorzystać coś innego - jak się uda, napiszę oddzielnego posta. 
Tymczasem, z poklejonych foremek i syntetycznego barwnika powstały kolejne kuleczki.
Dlaczego barwnik syntetyczny ? Bo tak. :-)
Bo ja lubię kolory i czasami po prostu muszę. Wiem, po to robię w domu część kosmetyków, po to mieszam w garach uważniej niż kiedyś, z lepiej wybieranych składników, żeby odejść od chemii, ale kurcze, nie chcę popaść w jakąś skrajność. Jak wiecie, pierwsza próba była z kakao i była w miarę miła, jednak kolejna z próbą zabarwienia na żółto kurkumą estetycznie, to może jeszcze i w miarę, ale już po kilku minutach pobytu w wannie z taką kulą, czułam się jak w dobrej zupie bulionowej. :-)


Podobnie, nie wiem czemu, dziwnie w kuli zachowały się algi. Na próbę, nie dałam za wiele i pewnie przez mleko w proszku, kolorystycznie, nie wyszło to najlepiej. Chociaż, co dziwne, przebarwiło się tylko w dużej kuli, w małych wyrobach kolor się zachował, a to przecież ta sama masa. (zdjęcia poniżej).


I to, co zostaje z resztek kul, bo przecież nie mogę odmierzyć idealnie, co do grama, wrzucam do foremki silikonowej, muffinkowej i robię małe, kolorowe tarteletki. Tak, pamiętam, byłam przeciwna (tylko ze względów estetycznych), formom silikonowym, ale tutaj spisują się naprawdę dobrze.


Takie maluchy fajnie sprawdzają się do małych zadań, czyli no, do indywidualnego moczenia kończyn górnych, bądź dolnych. Ta z zielonym (ze spiruliną), to dokładnie ta sama masa, co w kulach jednak tutaj łaskawie pozostała zielona. Dolna zółtawo-brązowa, to właśnie kurkuma.


Dalej ciągnie mnie w sery. Tym razem, większa porcja została zrobiona z tymiankiem,. Użyłam naprawdę mało, z racji intensywności zapachu, ale, sama muszę przyznać, że było go ciut mało. 

 
Zrobiłam też ricottę z serwatki wg przepisu, co ostatnio, na szczęście już nic nie przywarło do gara i tak mocno nie odsączałam.


Nie dalej, jak wczoraj wieczorem, przeglądałam maila od pana, u którego nabyłam podpuszczkę i jego przepis na ricottę jest zgoła inny. Muszę spróbować, koniecznie muszę.





11 stycznia 2015

Kosmetyczny koniec tygodnia

Ależ miałam werwę i zapał do działania. Już siedząc w pracy, pod koniec dnia w piątek nie mogłam doczekać się soboty i działalności. I, jak to w takich wypadkach bywa, pierdoły, które wyskoczyły przy okazji dość skutecznie wybijamy mnie z rytmu działania i stopniowo pozbawiały radości.
Zaczęło się od naiwnego myślenia, że być może w pobliskim Real-u znajdę 'coś', jakieś opakowania, pojemniki, etc, które przydadzą się w pracy i posłużą jako formy do mydełek lub kulek musujących. A i owszem, znalazłam małe silikonowe jakby keksówki, do pasztecików, czy Bóg wie czego, ale ta cena... 12 zł za sztukę. No przegięcie. Podreptałam więc do stoiska nabiałowego, licząc na to, że tam na bank coś znajdę. Cokolwiek, zjadliwe, czy nie, byle pojemnik był symetryczny i łatwy do wyjmowania (już się przekonałam, że jeśli nie silikon, to plastik, czy inne tworzywo na tyle elastyczne, że można nim poruszać na tyle, by móc odczepić mydło od ścianek nie uszkadzając niczego). No i nic. Niestety. Albo za duże, albo z wytłoczonymi jakimiś numerkami, czy symbolami, które też by się odgniatały na mydle. Pozostało, wykorzystać to, co mam, co kupiłam wcześniej, mianowicie pudełko do kanapki szkolnej, dziwnie przypominające kształtem dawne piórniki, jednak z naklejką kanapki. Ponieważ z mydłami rysowało się przede mną trochę zabawy, najpierw ruszyłam do kul musujących.

I tak, pomna nauki od jednej z blogowiczek (przepraszam, nie mogę znaleźć strony, jak znajdę, uzupełnię tu wpis), zmniejszyłam ilości płynów, by kule nie rosły w formach. Już po tej kakaowo-piernikowej robiłam inną z wanilią - dla zapachu oraz z curry - dla barwy i w ogóle nie użyłam wody. Pomimo tego, kula w formie jeszcze rosła. Tym razem ograniczyłam olej (a dawałam i kokosowy rafinowany i oliwę z oliwek), co przełożyło się dość znacznie na konsystencję papki. Była bardziej sypka. Miałam obawy, czy to się zwiąże. Związało się. Na tyle mocno, że wyjmując jedną kulę pękła dalej (nadpęknięta uprzednio) połowa formy, a druga kula tak się zaprzyjaźniła z formą, że za nic nie chce jej opuścić. Mocniejsze przyłożenie się do próby ściągnięcia formy poskutkowało, tia...! Oderwała się cała biała połówka kuli, a druga niebieska, uparta, dalej pozostała w formie. A miało być tak pięknie. :)
Poniżej kula, która była grzeczna. Jest dodatkowo ze skrobią ziemniaczaną i mlekiem w proszku, barwiona barwnikami kosmetycznymi. I jest ładna. :)


Na mydło miałam dwa pomysły. Pierwszy, to połączyć białe nieprzeźroczyste z czymś, co może być peelingiem. Pomimo mniejszej estetyki w tym pierwszym mydle, podoba mi się 'praca' ziaren kawy i startej skórki z pomarańczy, toteż nie mogłam się oprzeć, by tego trochę nie wsypać. Zrobiłam więc mydło dwuwarstwowe. Obie warstwy są na bazie gotowej masy mydlanej z mlekiem kozim, z dodatkiem masła shea, oleju kokosowego rafinowanego i miodu. Do dolnej warstwy powędrowało też trochę soku z pomarańczy. Wszystko tężało we wspomnianym pudełku na kanapki. Dziś pięknie z niego wyskoczyło.


A tak wygląda na spodzie. Ziarno kawy i skórka pomarańczy utworzyło malownicze mazaje. Naturalnie samo się ułożyło.


W planach miałam też banalnie proste kolorowe rolowane mydełka ze strony EkoFlores. Pomysł jest być może i prosty, jednak praktycznie wykonanie mnie tak banalnie nie wyszło. Moje talerze niestety nie mają tak wyraźnie oddzielonego spodu od boków, co miało znaczenie przy próbach ściągania mydlanych placków. Na szybko nie mogłam niczego znaleźć, na dodatek w ilości sztuk trzech, co mogłabym wykorzystać. Muszę sprawdzić, czy mydło dobrze schodzi z folii aluminiowej, czy papieru do pieczenia. Początkowo chciałam użyć dwóch kwadratowych foremek od milkowego ptasiego mleczka, ale się nie sprawdziły. Wylałam na jedną białą masę i zanim podeszłam do drugiej formy z żółtą porcją mydła, pierwsza się odkształciła, całe mydło nagle wylało się na blat w kuchni, wpłynęło gdzie się dało zanim zaczęło zastygać. Moje szczęście w tym wszystkim, że nie zaczęło spływać na podłogę. Tak więc wniosek jest prosty - nie każdy pojemnik z tworzywa sztucznego się nadaje. Niestety, w necie spotyka się obiegowe inne opinie. Ostatecznie udało mi się zrobić równocześnie 3 kolorowe placki i je jakoś połączyć, ale chyba trochę spóźniłam moment składania razem, bo zwijanie roladki, jej początku wcale nie było łatwe, mydło nie chciało się już tak wyginać, co jednak widać w efekcie końcowym. 


Podstawą tego mydła jest to samo, co w mydle wyżej, w jego warstwie podstawowej. Dodatkowo, część została zabarwiona barwnikiem widocznym na zdjęciu. W sumie fajnie wygląda, jednak chcąc je wykonać należy dobrze się przygotować, może wówczas będzie prościej i bez niespodzianek. 
Z moich uwag, to najlepiej, by warstwy były jednakowej grubości. Wówczas łatwiej z nimi pracować, ale gdzie to wylać, by tak właśnie było, jeszcze nie wiem. Cienka warstwa zastyga szybko i robiąc 3 warstwy, trudno jest po prostu zdążyć. Mydełka wychodzą bardzo małe, przy czym dużo jest odpadu z dwóch stron rolady. Co innego, gdyby to były idealne prostokąty. Wówczas nie byłoby odpadu z brzegów.

Za oknem przewalają się chmury, ciężkie chmurzyska, z których co rusz, coś pada. Przy tym tak wieje, że strach się bać. Dudni tak, jakbym mieszkała gdzieś przy lotnisku, czy innym podobnym miejscu. To widok sprzed 20 minut. Wczoraj wieczorem z jednego budynku, którego nie widać na zdjęciu, tzn jest na wysokości tej latarni z lewej (pierwsze zdjęcie), zerwało kilka tych białych płyt sidingu. To była chwila. W ogóle, pogrzmiewało i nawet się błyskało. Kilka razy migało światło, więc coś się działo z prądem, z liniami wysokiego napięcia. Oby już tak nie wiało.







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...