Pages

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą navajo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą navajo. Pokaż wszystkie posty

22 listopada 2016

Nowozelandzka w trójnitce.

To się w końcu doczekała. Wełenka z nowozelandzkich owieczek. Barwiona dwukolorowo, o tak - klik.
 Startowałam wagowo z 300 g, ale gdzieś podczas pracy wcięło 5 gram i tak, ostatecznie mam:

moteczek 1 - 232x1,30m =301,6 m     85 g
moteczek 2 - 285x1,30m=370,5 m    104 g
moteczek 3 - 274x1,30m=356,2 m    106 g

czyli łącznie 1028,3 w 295 g, co średnią daje niezłą, bo 348,6 w trójnitce, czyli navajo.

W promyczkach listopadowego słońca prezentuje się dość fajnie.


Do barwienia czesanka była podzielona tylko na dwie części, farbowało się trochę kiepsko, ze względu na długość pasma i wymiary kuchni, ale cieszyłam się, że się udało. Jednak przy przędzeniu okazało się, że radość była czasowa, bo przecież na szpulę wchodzi 100 g, a nie 150 g, jak było w paśmie. :)))


 Bez słoneczka kolorki są trochę chłodniejsze, naturalnie wyglądają mniej więcej tak:


Intryguje mnie, jak kolory rozłożą się w dzianinie. Póki co, waham się, na co przeznaczyć wełnę. Czy starczy na czapkę i otulacz? A może i rękawiczki ???








6 stycznia 2016

Dalia w nitce

Nowy rok rozpoczęłam porządnie, jak przystało, bo z wełną. :) W sumie to dziergam, jednak musiałam  zrobić przerwę, by jednak trochę pokręcić. Oczywiście farbowaną uprzednio resztkę mieszanki skarpetkowej. 
Tym razem czesankę podzieliłam od razu na dwie części, z myślą o każdej skarpetce. I póki co, mam 142,8 m :) w potrójnej nitce skręconej w navajo.



I na koniec, robione na szybko mydełka. Nie wiem, czy nie dałam za dużo olejów, nie przegięłam, bo ciut wilgotne same z siebie pozostały, ale w sumie myją dobrze (bo już pracuje 'ciemne' mydełko). A dodałam i kokosowy, i winogronowy, i masło shea i krople oleju z pszenicy. Dodatkowo warstwa pomarańczowa, to skórka pomarańczy, odrobina z niej soku, a do ciemnej warstwy powędrowała kawa. Czemu mydełko z kawą takie ciut nieforemne ? Bo wredna foremka się zniekształciła pod wpływem temperatury. Dlaczego ? Pojęcia nie mam. Ale efekt taki, że częśc masy mydlanej wyciekła i zastygła na blacie w kuchni. Zdjęcia średnie (leżakujące po wyjęciu z form), ale lepszych nie będzie, bo te z muffinkowych foremek powędrowały na upominki świąteczne. :)



Tymczasem zmykam podziergać i jeszcze raz życzę Wam dobrego roku ! ;)








27 grudnia 2015

Się Porobiło - cz. 139 - I znowu skarpetki.

Ostatnie w tym roku. :)
W kolorach iście zimowych i nawet udało mi się gotowym zrobić zdjęcia w słońcu ! Niesamowite ! :)


Kolejna partia mieszanki skarpetkowej (25% merynosa +25% nylonu) od Karinki z e-Wełenki poszła w obróbkę. Najpierw było delikatne barwienie rozwodnionym niebieskim barwnikiem, gotowanie na parze, w efekcie czego zostało sporo naturalnej śmietankowej bieli.


Ponieważ skarpetki miały być niewysokie wzięłam tylko 58 gram (na skarpetki wyszło 55 g). Przędzona cienko, skręcona w navajo. Tym razem byłam bardzo zadowolona, bo nitka wyszła najcieńsza jaką do tej pory zrobiłam na kołowrotku. Na drutach nr 2 na moją stopę (rozmiar 36) na obwodzie miałam 64 oczka. Mój mały rekord, bo wcześniej z przemysłowych, sklepowych włóczek skarpetki nawet na cienkich drutach miały 48 oczek.

Tym razem odważyłam się dziergać od palców.
Grzebałam już nie raz w necie szukając wskazówek. Głównie chodziło mi o piętę. Palce, jako takie potrafię sobie wyobrazić i z tym problemów nie miałam. Ponieważ nie znoszę słownych opisów, a już tym bardziej nie w języku obcym, latem natrafiłam na niewielką gazetę ... właśnie ze skarpetkami dzierganymi od palców, więc wiele się nie zastanawiając, kupiłam. Już od początku nie podobało mi się wykonanie palców, od czubka. Pomimo, że zdjęcia w gazetce pokazują skarpetki takie, jakie chciałam (nie od czubka), przepis jest na czubkowe. No trudno. Spróbowałam, żeby wiedzieć, że to nie to. Później też przekonałam się, że proponowana pięta jest też nie tą, którą szukam. Cóż... .

Pozostał internet i poszukiwania zdjęć wykonania, a nie opisów. Trudno o takie. Zdecydowanie prościej znaleźć opisy i nawet rozliczenia rzędów. Tyle tylko, że jak znalazłam zdjęcie z piętą, która mi odpowiadała, opisy rzędów skróconych, postępowanie z nitką na ich końcu były co najmniej dziwne. Na pewno nie wychodziło to, co sobie wyobrażałam, więc po prostu zrobiłam po swojemu i tyle.


 Wykończenie góry skarpetek ściągaczem elastycznym zdecydowanie najlepsze. Jednak jakoś specjalnie pięknie nie wygląda. Bynajmniej na tych skarpetkach i w moim wykonaniu. Podejrzewam, że może jest jeszcze jakiś inny sposób wykonywania takiego ściągacza niż ten, który udało mi się poznać.


Może kolory nie porozkładały się idealnie, symetrycznie na obie skarpetki, ale jest chyba nieźle, jak na spontaniczne farbowanie. I, jak to u mnie, tym razem zostało nieco więcej metrów nitki. :)))


To na pewno ostatnie skarpety w tym roku, chociaż mam ochotę na kolejne, niestety daję sobie szansę na 2016. W końcu już się skrada... ;-)






28 listopada 2015

Sonata się kręci

Pewnie muzyk by się przekręcił czytając tytuł posta, no ale... taka prawda, że mój nowy nabytek właśnie tak się nazywa. Jednym słowem - zmechanizowałam się, w końcu !
Decyzja, że to akurat ten kołowrotek, była oczywista - składa się. Nie mogło więc być inaczej. Wygląd ma prosty klasyczny i ta prostota trochę go ratuje w moich oczach. Mnie się zdecydowanie takie bardzo klasyczne kołowrotki podobają raczej średnio (są/bywają dziwacznie upstrzone w szczebelki, czy inne takie). Wolę prosty, ale nowoczesny wygląd. Cóż, to nie kolejny mebel do domu i nie musi być w określonym stylu. Składa się w torbę-plecak, więc letni wyjazd poza miasto nie będzie rozłąką. O to chodziło. :)


Zdjęcie nieopatrznie z kawałkiem łapy Joszka, więc dla zobrazowania sytuacji, poszerzony kadr z boku. :)

Żeby był bardziej prosty w swej prostocie zdecydowałam się na surowe drewno, które potraktowałam woskiem do mebli drewnianych. Natarłam się trochę, nie przeczę. Dwukrotne wcieranie, polerki, no ale efekt mi się podoba. Odważyłam się użyć ten sam bezbarwny wosk, który wiosną wypróbowałam na drewnianych meblach. 

Przy składaniu trochę zastanawiał mnie sznurek, który trzeba było wraz z haczykami montować, bo mój 'starszeńki' kołowrotek czegoś takiego nie posiadał, a obrazkowa instrukcja może i szczegółowo pokazywała, jakich błędów nie robić, jednak właściwie wcale nie pokazała, gdzie i jak montować. Ostatecznie wyszło, jak trzeba. Naoliwiłam, nasmarowałam pedałki (wosk świeczki nie dał rady, a tak zalecano w instrukcji), wsparłam się WD40. Cóż... może nie profesjonalnie, ale bynajmniej cicho. 
Banalnym jest stwierdzenie, że przędzie się cudownie, bo przecież każdy tak pisze o swym nowym kołowrotku. Jednak szkoła, którą zafundowała mi Aldona na 'starszeńkim' kołowrotku (jeszcze raz dzięki !), to dobre podwaliny do pracy z sonatą. Siadłam i po pierwszych niewielkich problemach, co i jak ustawić, by nitka się wkręcała na szpule poleciało.... hohoh... Na początek 'lis palony' od Kariny z e-Wełenki. Singiel skręcił się w navajo i... tu mam zapytanie.


Czy ją za mocno skręcałam, czy nawet nie przekręciłam nadto, bo mam nitkę (taką na druty 2,5-3), ale niespecjalnie miękką. I owszem, nie gryzie jakoś specjalnie, ale równocześnie dziergając merynosa z nylonem, odczuwam sporą różnicę dotykową. Jest taka trochę w stronę wełen rustykalnych, w moim odczuciu. Na razie mam skręcone 50 g. Powinnam starać się luźniej zwijać, czy to cecha tej wełny i trzeba się pogodzić ?


Do kołowrotka dorastałam długo. Nie tylko finansowo, ale mentalnie. Mam nadzieję, że jednak wątpliwości, czy będzie wykorzystany, odejdą w niepamięć. 
Przy okazji ? Czy są jakieś ergonomiczne zalecenia w sprawie pozycji przy przędzeniu ? Możecie coś doradzić, albo przed czymś przestrzec ?



22 listopada 2015

Navajo na wrzecionie.

Skoro można na kołowrotku, można i na wrzecionie. Problemem jednak może być koordynacja palców i nitek, bo niestety, zostają do dyspozycji palce jednej ręki, druga nieodzownie przecież musi kręcić wrzecionem. Próbowałam już wcześniej na czarnej wełnie, nie było widać dokładnie skrętu, ale tutaj, na naturalnym kolorze wełny widać doskonale. Oczywiście są niedociągnięcia i chyba miejscami przekręciłam nitkę. Może nie będzie to aż tak kłopotliwe w wyrobie, bo wełna przeznaczona na skarpetki.


Nitka powstała z mieszanki merynosa i nylonu, jak wcześniej w postach pisałam, w proporcji 3:1, czyli 75% merynosa i 25%. Jak postrzegam tę mieszankę ? Sama dokładnie nie wiem. O pierwszych wrażeniach, że jest nieco bardziej lśniąca od merynosa już wspominałam. Przędło się fajnie, w miarę równo, chociaż mam miejsca, gdzie skręt jest nieco luźniejszy, a starałam się, by był dość mocny, bo chyba tak merynos wygląda lepiej. Powyżej zdjęcie z lampą, a poniżej w naturalnym świetle.


Na wrzeciono wskoczyło 2 razy po 35 g. Otrzymałam ostatecznie 127 i 122 metry, więc można powiedzieć, że nitkę mam w miarę równą. 

Obie porcje zostały zabarwione. Barwiłam tradycyjnymi naszymi barwnikami ('z barankiem') do wełny tym razem sypiąc bezpośrednio z paczuszki na wilgotną nitkę. Zawinęłam w folię spożywczą (tutaj niestety nie obyło się bez walki z nią samą, bo zaczęła się sama z sobą zwijać i za nic nie można było jej rozprostować) i powędrowała do gara, gdzie gotując się na parze posiedziała ze 2 godziny.


Trochę się przeraziłam, bo pomimo, że to folia 'spożywcza', jakoś chyba nie bardzo odporna na temperaturę, (ta próbowała z niej zrobić twardy kokon) i obawiałam się, że też oklei mi nitkę i całość będzie do wywalenia. Ale spokojnie, nitce to nie zaszkodziło. Wyjęłam ją z foli wyglądającą tak samo, jak przed zawinięciem. Barwnik na wełnie był dokładnie w tym samym miejscu, co początkowo. Dopiero płukanie pod bieżącą wodą spowodowało jego rozprowadzenie. W sumie zapomniałam z wrażenia, że trzeba utrwalić. Po przepłukaniu, wełna trafiła na kąpiel octową do garnka, ale prawdę mówiąc, ocet nie miał co robić. Barwnik doskonale wchłonął się w wełnę i płucząc już nic kolorowego nie spływało. Ciekawe, jak ta pstrokacizna będzie wyglądała w dzianinie. Strach się bać. ;-)


A to, dla kolorystycznego kontrastu, moje psie maleństwo z cielęcym, niewinnym spojrzeniem (chwilę temu podprowadził mi fotografowany motek :) ). Joszko sześć dni temu skończył całe 6 m-cy ! Poważny wiek, prawda ? Maluszek waży prawie 55 kg (wczoraj waga lekarska wskazała 54,52 kg).






15 listopada 2014

Navajo na wrzecionie i domowy krem.

Ha !  W końcu spróbowałam. 
I w zasadzie bez problemu poszło - navajo na wrzecionie. Zmobilizowała mnie cienka nitka, singiel, który zrobiłam. Tak na marginesie, łatwiej mi się robi cienizny. Tutaj widać, jak sobie schła, tzn jej niewielka część. Wełenka w skręcie jest trochę ostra i jak dla mnie, widzę ją jedynie w skarpetach. Stąd potrójny skręt i navajo. Próbka niewielka. Ale chyba przerobię mimo wszystko większość runa, bo skarpet nigdy za wiele, prawda ? Co dla mnie dziwne, to jak trochę potrzymam moteczek w dłoniach, to jakoś mniej gryzie. :-)
Miziam nim stopy i ... w zasadzie jest ok, to mobilizuje do działania. 
Co mnie zastanawia w tym moim navajo ? Że bardzo je przekręciłam. Tak bardzo, że zwinięte w motek skręcało się i sprężynowało, jak zwój gumek. Przewinęłam w kłębek, luzując metr za metrem, po czym znowu zwinęłam w motek i dopiero robiłam zdjęcie. Nie wiem, czy to moje 'przedobrzenie' w temacie, czy po prostu trzeba uważać, bo wrzeciono tak już ma. Nie wiem. A, oczywiście na wrzecionie pętelki nici są zdecydowanie krótsze niż na kołowrotku. Przynajmniej te moje. Na tym czarnym przykładzie nie bardzo widać skręt nitki, ale jestem zadowolona. 


Zadowolona też jestem z kremu, który sobie ukręciłam kilka dni temu. Nie tyle zaskoczyła mnie prostota wykonania, co fakt, że mi służy. Oczywiście poszłam na łatwiznę stosując gotową recepturę opartą na emulgatorze (z pestek moreli), który zapewnił mi właściwą konsystencję zaraz po wymieszaniu. Ponieważ o właściwościach olejów wiem tylko tyle, co wyczytam (a każdy opisany tak, że 'och' i 'ah' - pewnie potrzebuję :-) ), zdecydowałam, że na próbę wystartuję z dwoma olejami - jeden poleci do kremu dziennego, drugi na noc. 


Olej z pestek brzoskwini powędrował wiec do kremu na dzień, a nocą ma mnie upiększać olej z pestek granatu. Oba ładnie nawilżają, szybko się wchłaniają, skóra jest elastyczna i miła w dotyku. 
Słoiczki mają po 30 ml. Gdyby kogoś ciekawił koszt takiej miksturki, to za same tylko składniki trzeba liczyć (kalkulowane na bazie cen, za które kupowałam w necie, bez kosztów przesyłki i opakowania) 7-9 zł. Pracy przy tym może z kilkanaście minut, bez czasu oczekiwania na schłodzenie. Obiektywnie, należałoby jeszcze doliczyć chwilę grzania na gazie i zakup termometru. No, ale termometr wcale nie musi być tylko do tego i nie tylko na raz. :-) Oczywiście nabywając składniki, nie można kupić aż tak małych ilości, by było dokładnie na jeden kosmetyk, więc zabawa się dopiero zaczyna. :-)

14 maja 2013

Się Porobiło - cz.68. Liliowo, ale nie do końca.

A może ametystowo, cyklamenowo, fiołkowo, fuksjowo, jagodowo, lawendowo, czy może po prostu fioletowo ? Czasami nie zastanawiamy się nad odcieniami, ich mnogością. Ciekawe jest, że ich nazewnictwo (chyba dla ułatwienia pochodzi od 'codzienności', tj. od owoców, roślin, produktów spożywczych, itp). W sumie nazwy bardzo ładne, prawda ? Nooooo ..., może poza' majtkowym różem'. ;-)

Moda na fiolety żyje od pewnego czasu, jednak przyroda wiedziała, co robi stwarzając bajeczne odcienie bzu lilaka. Mój akurat jest taki mało lawendowy, wręcz ... no właśnie, jaki ?

Za to cała gama wyżej wymienionych odnajduje się w uprzędzonej wełnie z owcy kolegi. W sumie 173 g w navajo, czyli potrójna, raczej grubsza, co mnie cieszy, bo z mymi skłonnościami do cienizny, niełatwo było. Single kręcone uprzednio na wrzecionie, później zamienione na kołowrotku w navajo. 


103 gramy jaśniejsze, powiedzmy lawendowe - z dużym przymrużeniem oka.

 I 70 gram fioletowego indygo, czy w zasadzie odwrotnie. Odwrotnie, bo barwiąc, podstawą farby był właśnie granat, do którego wrzucałam trochę biskupiego i czerwieni.

Resztę sierści spożytkuję raczej tylko do filcowania. No szkoda, ale owca ma być niedługo ponownie strzyżona, łudzę się, że tym razem uda się nie zepsuć strzyży.
Tymczasem rozkoszuję się wonią działkowego bzu. Nie jest tak intensywna, jak bzów pojedynczych, ale i tak pachnie w mieszkaniu. :-)




8 kwietnia 2013

Przyspieszenie

Idzie wiosna. Tak mówią, przyroda robi swoje - za oknem resztki śniegu, dziś w ciągu dnia konkretnie padało. Nawet piękne to było, takie bajkowe, powolne opadanie wielkich płatków śniegu lekko wirujących w rytm ziemskiego przyciągania - bajkowe... ale w grudniu, styczniu, nie w kwietniu !
Ptaki ciągle urzędują w balkonowej stołówce. W końcu pojawiły się czyżyki.
Na balkonie rządzi para gołąbków. Nie wiem, czy to ta sama, co rok temu. Też kombinują, jak zagospodarować sobie skrzynki na poręczach, ale już powtykałam patyczki. Wredne to, ale dla nich i potomstwa bezpieczne, bo nie pozwalam na gniazdo w miejscu, które nie da im spokoju na odchów piskląt.

Przyspieszenia bywają chciane i niechciane. To Filona jest z tych drugich. :-( Kierunek jest jednoznaczny, co prawda każdy tam zmierza i nie wiemy kiedy meta. Anemia leciutko postępuje. Dobrze, że nie leci na łeb i szyje, jednak niska hemoglobina powoduje szybsza prace serca, a to mu nie służy. Doszło migotanie przedsionków, niskiej częstotliwości, ale jednak. Na razie wspieramy krew cały czas żelazem (organizm potrafi niestety przyswoić z pokarmu tylko, a może aż, ok 10%), monitorujemy wyniki. Nie szalejemy i powolutku żyjemy. Paradoksalnie chodzenie po schodach jest dużym, bardzo dużym wysiłkiem nie dla łap (bo te mają pełna ruchomość stawów), co dla serducha. To, że piszę o stanie nie dramatyzując nie znaczy, że nie zdaję sobie sprawy z ważności problemu. Staram się tak po ludzku spojrzeć na całość przez pryzmat wspólnie przeżytych lat radości i szczęścia. 10 letni mastif, to taki pan 96 letni, jak podają tabele przeliczeniowe. Takie porównanie stawia temat ludzkiego i psiego życia w nieco innym świetle. Jakoś pozwala mi zrozumieć to, co się stanie.


Przed świętami pofarbowałam niecałe 100 g wełenki z owieczki kolegi. Strzyża dość pocięta, krótka, więc mocno skręcałam w palcach jej porcje, być może przegięłam, bo ostatecznie w navajo jest bardziej szorstka, a raczej mniej miękka, niż w strzyży. Pewnie popełniłam jakiś błąd. Jaki i gdzie ? Poniżej wysychające kawałeczki na wannie.

Tym razem musiałam się pilnować, by skręcać grubiej, nie w cieniznę. W świetle niedzielnego słońca widać naturalne kolory. W pojedynczej nici bardzo mi się w nawinięciu podobały.

 Navajo w świetle naturalnym niestety już bez słońca przez co nie widać autentycznych odcieni i nasycenia.
 Z doświetleniem sztucznym wyszło nieco ciemniej, ale obraz oddaje faktyczne barwy wełny. To pierwsza porcja. Tylko 87 m.

Z robótkowania, to z zaległości przed świątecznych jeszcze dwa duuuuże karczochowe jaja, 12 i 15 cm. Co ciekawe, wstążki łatwiej się układały w jajach 15stkach. Łatwiej było wprowadzać dodatkowe elementy na szerokościach.

W ramach świątecznych wypieków zrobiłam bezowy torcik. Tak polecany na jednym z forów kulinarnych. Bezowe blaty przełożone kremem z serka mascarpone i kremówki z dodatkiem odrobiny kawy. Nie przepadam za kawowymi wypiekami, chociaż kawoszem jestem, ale tutaj kawa nie wybija się smakowo na plan pierwszy. W środku odrobina daktyli i orzechów bardzo dobrze się komponuje. Całość nie jest jakaś wyjątkowo piękna, ale ten smak.... ;-)

I na koniec trochę bardziej wiosennie. Wszędzie mówią, że wiosny raczej nie będzie, że od razu buchnie lato. Kurcze, kto to wytrzyma ? ;-)











Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...