Pages

24 sierpnia 2013

Sobotnia sesja czekoladowego kota

Dziś głównie zdjęcia.
Kota zdjęcia.
Czarny kot w słońcu staje się czekoladowy. ;-) Niestety, nie znamy się na tyle, by pozował zawsze w dobrym świetle. Cóż, trudno...a nie chciałam z lampą, to jest, jak jest.







20 sierpnia 2013

Się Porobiło - cz. 69 'K' jak koraliki i koty.

Ano właśnie. Dość długo nie było tytułu 'Się porobiło', chociaż naprawdę mógł być już poprzednio. Zreflektowałam się później, ale po cóż edytować post tylko dla samego tytułu.
K, jak koraliki.
Skoro się porobiło, to i czas na zdjęcia. Trochę późno robione, tzn wieczorową porą. A nie wie, jak u Was, u mnie już po godz. 20.0 robić się zaczyna szarawo.
Jako pierwsza, bransoletka energetyczna. Koralik 2mm, po 8 koralików w obwodzie. Jednym słowem, drobnica, ale fajnie się prezentuje i nosi.


Druga, już wcześniej zrobiona, ale pokazuję dopiero teraz, bo trafiła wczoraj do nowej właścicielki. Tym razem koraliki 8/0, po 6 w obwodzie.


I tu również sekwencja 6 koralików w rozmiarze 8/0. Również Toho.


 Leży jeszcze jedna, ale czeka na ciut szersze końcówki. Właściwie, to czeka na realizację zamówienie na koraliki i elementy. Ehhh, ten czas... leci i leci, gna na łeb na szyję.

'K' jak koty. Doliczyłam się dokarmianych kotów - sztuk 5. Są 2 czarne. Jeden bardzo czarny, drugi czarny i trochę nieczarny, brązowawy. Już wcześniej wydawało mi się nie raz, że kot czarny jest jakiś różny, raz taki, raz inny. Teraz mam pewność. Rozwiązanie przyszło samo, gdy prawie jednocześnie kot pojawił się i na drodze i przy misce.  Spostrzegawczy zauważą na poprzednich zdjęciach kotów, że czarne koty są różne.
Tymczasem już nie przelotem, ale dużo spokojniej przychodzi też taki pręgowany. Jest dość krępy, w budowie podobny do czarno-czarnego.

Regularnie, codziennie, o zbieżnych porach pojawia się białoszary i on jest w sumie najbardziej towarzyski. Przychodzi posiedzieć. Nie tylko do michy, ale codziennie jest na trochę, miłe to. :-) Chudszy czarny (czarno-brazowy) przychodzi regularnie, pcha się do domu, ale nijak nie chce wziąć czegoś dobrego z ręki, chociaż mogę mu gmerać łyżeczką w talerzyku, jak je i jest spokojny. Łyżeczka jest ok. Daje tak samo jeść, jak i ręka, ale od ręki się odsuwa.


Brakuje mi bardzo, że żaden nie daje się dotknąć, pogłaskać. Nie potrafią się bawić, nie reagują na wołanie, chociaż słuchają jak się do nich mówi. Są ciut bardziej ufne niż początkowo, ale nadal bardzo niezależne i zdystansowane. Szkoda.




14 sierpnia 2013

Sierpień

Upały się skończyły. Z dnia na dzień. W poniedziałek jeszcze powyżej 30 st C, wczoraj ledwo 17 st C, lało i paskudny wiatr, który dziś z resztą też a to przygarniał, a to przeganiał różne chmurzyska. Gdybym mieszkała w górach, zwaliłabym wszystko na wiatr właśnie, a tak... na co ? Mam jakiś zastój. Ogólnie. Rok temu full spraw zwaliło mi się nagle na głowę i jakoś bardziej byłam 'wypoczęta' niż teraz. Mam formalnie wolne, ale praca zawodowa ciągnie się w tle i to mnie dość męczy. Nie lubię tak, nie potrafię wyluzować i robić coś innego, kiedy inne sprawy nie są pozamykane. Swoja drogą podziwiał ludzi, którzy potrafią nagle wyskoczyć z codzienności, wyjechać, zapomnieć na czas wyjazdu o tym, co zostało (tu podkreślam, że sprawy są przerwane, niepoukładane, nieskończone, niedomówione, w trakcie, w toku i co tam jeszcze...) i dać na luz. Po czym wrócić, wskoczyć w kieracik i pracować. No nie potrafię.Na dodatek chyba mnie owiało, bo mam problem ze skrętem głowy, szyi w lewo. W prawo jakoś działa, w lewo się popsuło. :-(
Trochę motam koraliki. Zauważyłam, że wśród tych 11/0, czyli o średnicy 2 mm zdarzają się rożne i mniejsze i większe. Zjawisko zdecydowanie bardziej widoczne w koralikach pochodzenia niewiadomego niż w tych Toho, ale jednak. Jak trochę pogrzebię w tych maluszkach, to większe, tzw 8/0 wydają mi się bardzo duże. Z malizną idzie wolno. Jak to z malizną. Najgorsze jest nawlekanie, bo niestety większość z nich ma malutkie otworki i nie przechodzi przez nie igła. Nie dziwię się, że niechętnie z nich wykonuje się wyroby na zamówienie, że tak popularne są właśnie te 'ósemki' (rozmiar 8/0).


Pomidory wygrzewają się w słońcu. Te z gruntu (nawet z donic) mają niesamowity słodki smak. Smak prawdziwych pomidorów. Jak widać, mają na nie chęć też i osy. Żółte pomidory to tzw Cytrynek, a czerwona drobnica, to Pokusa.


 Fajnie też rozrosła się truskawka zwisająca. Rozrosła się dość ładnie. Jednak wcale nie zwisa. Przynajmniej wyobrażałam sobie to zwisanie zupełnie inaczej. Być może, jak wypuści pędy, to jakaś forma zwisająca z niej będzie. Na razie wygląda, jak zwykła truskawka gruntowa, z tą tylko różnicą, że faktycznie kwitnie i owocuje cały czas. Co kilka dni można zebrać kilka truskawek. Dzisiejszy zbiór na zdjęciu. Trzeba jednak pamiętać o podlewaniu. Mnie się zapomina, bo stoi na parapecie okna południowego i bywa, że klapnie, a to przekłada się na wielkość owoców niestety.


Było warzywo, były owoce, czas na kwiat. Róża. Po raz kolejny kwitnie Luxor


I na koniec dzisiejsze niebo. Zmieniało się kilka razy. A to piękne niebieskości, a to obłoczki podświetlone słońcem, by za kilkanaście minut zmienić się w sinogranatowe złowieszcze chmurzyska. Chmury przewalały się nad głowami nawet wbrew kierunkom wiatru, który odczuwalny był na dole.


Po jednej stronie nieba (wschodniej) deszcz i tęcza, po zachodniej ostre słońce. Pogodowy miszmasz. Na szczęście bez burz i gradu, no i śniegu. :-)







8 sierpnia 2013

Ciepło

Pogoda nie sprzyja pracy z wełną. Doskonale czas wypełniają mi koraliki. Zawsze mnie ciągnęło w tym kierunku, jako dziecko fascynowały ozdoby indiańskie i coś tam próbowałam wyszywać, a jakże. Od kilku tygodni prawie bombardują mnie koralikowe bransoletki (i u Ewełenki i u Urbasi), a widok tej u Urbasi, w kolorach idealnie pasujących do mej letniej sukienki pchnął mnie do szydełka. Czekając na zamówienie, zabrałam się za to, co miałam w domu. Zaczęłam od drobnicy i już nawlekając ok 2 mm średnicy podjęłam decyzję, że kupuję jednak tzw 8/0, które w pierwszej chwili wydawały mi się dość duże. 
Pierwsza bransoleta, grafitowe, metaliczne koraliki, nieco zróżnicowanej wielkości, co przekłada się na wygląd bransolety. Starałam się robić dokładnie, jednak nierówności wynikają z samych koralików. Wykończona elementami z ciemnego srebra. W obwodzie 9 sztuk koralików. W sumie ponad 2 metry na nitce. :-)

Zamawiając w necie, najpierw wybrałam te malusie, 11/0, ale po tej pierwszej bransolecie, w pierwszym dniu zmagań (bo prułam, a jakże !) zaraz zmieniałam rozmiarówkę na większą. :-) Pomyłkowo jednak, 2-3 paczuszki pozostały małe i w sam raz, zielone dołączyły do innych, które leżakowały w domu i powstała taka bransoleta.
Też na 9 koralików, 4 razy po 2 w kolorach i raz jeden koralik. Wykończona tym razem zwykłym karabińczykiem.

 Z bursztynowych krótkich rurek powstały dwie bransolety, bardzo podobne, wykończone jedynie innymi końcówkami. Jedna powędrowała do mej przyjaciółki, celem testowania kleju, bo tak naprawdę, to bardzo się obawiam klejonych elementów biżuteryjnych. Klej, który używam, sprawdza się na razie przy broszach z masy glinowej, więc może i tu okaże się trafiony. Tym razem w obwodzie jest 6 koralików, całość bardzo delikatna i tak sympatycznie wijąca się wkoło nadgarstka. :-) Bardzo delikatna.


A tutaj już klasyczne Toho 8/0. Mam nadzieje, że w większości będą równiutkie, chociaż nawlekając dziś na kolejną, znalazło się już kilka dziwnokształtnych.
Tutaj 3 kolory, po 2 sztuki z każdego koloru. Dodatkowo próba wykombinowania czegoś jeszcze, czyli kolczyki. Kto wie, czy nie dojdzie i naszyjnik, chociaż może to byłoby już nadto.


 A poniżej, przedpołudniowy widok zza okna, na piętrze. Termometr w lekkim półcieniu. :-)









5 sierpnia 2013

Niedzielny wypad za miasto i mały zwiastun twórczy

Wyjechałam dziś w końcu za miasto. Przez ostatnie miesiące bardzo mało miałam okazji do takich wypadów, dla samego stanu technicznego samochodu należało go po prostu przegnać nieco dalej i zdecydowanie 'ostrzej' - jak mówią znawcy tematu. Padło na pobliskie Centrum Ogrodnicze, do którego jadąc, część trasy można było pokonać autostradą. Jeden jej odcineczek za całe 3,10 PLN. O losie ! Niby wszystko ok, jednak rozwaliły mnie oznaczenia tras. Jak dotąd jeżdżąc, obywałam się bez modnych gadżetów. Wystarczyło spojrzeć na mapę, czasami podpytać tubylca i już. Dziś był ten pierwszy raz, kiedy przez głowę przeszło zapytanie, czy bez modnej nawigacji do samochodu da się spokojnie jeździć.
Pomna nazw miejsc, miejscowości, które powinny pojawić się na trasie ze zdziwieniem już na zjeździe z autostrady stwierdziłam, bo po prostu nie wiem dokąd dalej, w którą stronę. Nazwy kierunków coś mi mówiły: jedna wskazywała jednoznacznie, że się zdecydowanie cofam, druga wydawała się też mało prawdopodobna, ale skoro pierwsza jest zła, to druga musi być przecież dobra. I to niestety było błędne wnioskowanie. Dużo później okazało się, że powinnam wybrać tą z pozoru złą trasę, bo należało się właśnie cofnąć, by wskoczyć ostatecznie na właściwą, (wcześniej jedynie słuszną) drogę dojazdową. No, ale ba !  Nadłożyłam 30-35 km i nie byłoby to takie straszne (fakt, że jeszcze nigdy tak się nie pomyliłam), ale prawie na 'własnym terenie', to głupio, nie ? Co najgorsze w tym całym zamieszaniu, moja papierowa mapa i owszem, wyprowadziła mnie w końcu do celu, jednak oznaczenia dróg lokalnych, ukierunkowanie na miejscowości, a literki na mapie, to dwie różne sprawy. Dopiero później mnie oświeciło, że mogłam wykorzystać mapę w komórce, ale na trasie zdałam się na nawigację ojca i metody klasyczne. :-) Połączenie poddenerwowanego ojca z moim telefonem dotykowym nie wróżył nic dobrego. A przecież kiedyś były tylko mapy papierowe i dało się, prawda ?
Żeby jeszcze było śmieszniej, wracając chciałam pojechać inną trasą, świadomie nadłożyć drogi, by wskoczyć na dłuższy odcinek autostrady, ale dowiedziałam się od kierowców na parkingu przy Centrum Ogrodniczym, że i owszem, są 3 zjazdy / wjazdy na autostradę w okolicy, ale są zamknięte, bo nie mają obsługi  na bramkach !!! A w mediach trąbili przez weekend o zakorkowaniu trasy w kierunku morza (tam właśnie miałam się tam pchać), tylko nie wspominali, co naprawdę jest tego powodem.
Przy okazji, jak to jest z naliczaniem za połączenia  GPSa w telefonie ? Skoro mam wykupiony pakiet netu, to chyba nie powinno, prawda ? Później w domu, zaczęłam szperać w telefonie, bo tam przecież pełno różności obecnie i oprócz map znalazłam polecaną w necie darmową nawigację, ale coś mi piszą, że po 7 dniach płatna co miesiąc paręnaście złotych. Nie rozumiem. Czyli aplikacja darmo, a używanie płatne ? Ehhh... nie można nigdzie jasno, po polsku napisać. :-(

Zanim wróciłam do domu starą trasą tradycyjną, połaziłam po owym Centrum Ogrodniczym.
Przed sklepem jest bardzo fajna architektura ogrodowa. Fajna o tyle, że dość naturalna. Poza tym dostępna dla ludzi. Można pochodzić, zajrzeć pod krzaczek, a nie podziwiać z daleka. Trochę jednak było mi głupio biegać z aparatem po krzakach, bo na ogół tylko ludzie grzecznie kierowali się do drzwi wejściowych. Poniżej kilka ujęć. Pogoda, jak widać. Bez słońca i wcale nie tak ciepło, jak krzyczeli w prognozach. 



W sklepie nic mnie nie powaliło. No może ceny, bo nawet nawozy litrowe do kwiatów kwitnących droższe o kilka złotych niż u mnie. Cóż, życie. ;-) Ogólnie trafiłam na taki martwy okres, kiedy to już nie ma wiosenno-letnich towarów, a jeszcze nie ma jesiennych. Najbardziej ucieszyłam się... z knotów bawełnianych do lamp naftowych.Te były na szczęście za śmieszną cenę ale za to było tylko jedno opakowanie. :-) No szał, prawda ? ;-) Naprawdę, nic mnie nie skręciło, nic nie podekscytowało na tyle, bym tęsknie do tego wzdychała. Nietypowe. Nasionek na wieszaczkach z pozoru pełno, ale nie było tego, co ewentualnie bym chciała. Aaaaaa...., popatrzyłam, właściwie podpatrywałam trochę kształtowane iglaki, by coś z tego przenieść do siebie. No i  tyle. ;-)
I, by dotrzymać słowa, żeby ten post był już bardziej twórczy niż poprzedni, mały zwiastun tego, co się ostatnio działo i dzieje w temacie. Mianowicie - koraliki.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...