Pages

6 września 2013

Się Porobiło - cz. 70 - Opadły mgły...

Coraz częściej już mgły snują się nad ranem. Bliskość jeziora robi swoje, a ja to tak bardzo lubię...

 Nić zawsze misterna, pracowicie motana. Często równa i przemyślana. Pająk to niedościgniony rękodzielnik. Zawsze, gdy widzę takie obrazki w głowie mi śpiewa Stare Dobre Małżeństwo

 

I wynurza się dzień piękny, słoneczny, ciepły i leniwy. Naprawdę można wypocząć. Nie potrzeba upałów, plaż, rozkrzyczanych gromad ludzi, zapachu palonego grilla, i durnych dźwięków z bębniących głośników. Gdy rusza szkoła, natura zaczyna cieszyć się latem.

A jeden aster jesieni jeszcze przecież nie czyni. No dobra, zakwitły mi już dwa. I co z tego ? :-)
Wieczory też mogę być klimatyczne.


W przerwie między chwilowym lenistwem, a przewalaniem kamieni na działce (efekty pojawią się w postaci zdjęć za kilka dni), zdarzyło mi się siąść z szydełkiem i koralikami. Teraz mogę już pokazać to, co powstało kilkanaście dni temu, bo wiem, że już dojechało do właścicielki.

Pierwsza, dziwnie zielona. Dziwnie, bo zielona, ale nie tak do końca. Odcienie mienią się niejako w blasku światła, ale mienią się w spokojny sposób. Wykończenie, zapięcie z tych bardziej zdobnych.


Druga z kolei, bardziej wesoła, w kolorach stonowanych, ale nie smutnych, czerwony, niebieski i fioletowy, przeżroczysty. Zapięcie klasyczne, karabińczyk i przedłużka z łańcuszka.


Obie bransolety z koralików Toho, w rozmiarze 8, w drugiej wzór kombinowany wg własnego pomysłu, ale nieskomplikowany, więc pewnie nie jestem pierwsza. Na końcówki czeka jeszcze inna, ale ponieważ jest nieco szersza, trudno mi dobrać odpowiednie końcówki.

Powoli zabieram się za alpakę. Patrzę w ten worek i ... ona chyba się mnoży. :-)

 

4 września 2013

Zaległe niespodzianki

Kilka dni temu, ze zdziwieniem wyjęłam kopertę ze skrzynki. Zdziwienie, bo nic nie zamawiałam, a w skrzynce to najczęściej rachunki i gazetki reklamowe. A tu ... niespodzianka z Kielc przyjechała. Krakowska niespodzianka. Już tłumaczę zawiłości. Monika jest z Kielc, odbyła podróż do Krakowa i z tej podróży przywiozła pamiątkowe podkładki korkowe.
Na korku naklejone są przepiękne dwie akwarele krakowskie. Niestety, zdjęcia nie oddają urody akwarel.


Na dodatek, w środku maleńkie cudeńko. Miniaturowa sówka. Ceramiczna. Patrzyłam na nią zastanawiając się, czy i jak ją zawiesić, bo żadnego uszka niczego nie miała. I dobrze, że nie miała, bo jak się później dowiedziałam, sówka powinna zamieszkać w portfelu i pilnować pieniędzy, jak również jej zadaniem, w myśl tradycji japońskiej jest wszelakie szczęście. Po japońsku sowa to 'fukurou'. Moja jest mini-mini.

 Nie wiem, co oznacza znak na plecach sówki, a chętnie bym się dowiedziała.

Fajne są takie niespodziewajki, nie ? ;-)
Ba, kto ich nie lubi !

Skoro o zaległościach, to jeszcze biały kot. Fotki z jednego poranka. Nie wiem dlaczego, ale koty przychodzą rzadziej, poszły do szkoły ? W sumie to dobry znak, że mnie nie potrzebują, że sobie dają radę. łatwiej będzie odjechać.





I na koniec... dwa zdjęcia. Banalnie niebanalne. Czemu niebanalne, bo... to nie nieciekawy zachód słońca, a jego wschód. Samo słońce takie sobie, ale to, jaki efekt dawało jego światło na przeciwległym horyzoncie, widać na drugim zdjęciu.



A słońce teraz już coraz później wstaje...




3 września 2013

Na słodko, w kombiwarze.

Post zdecydowanie informacyjny, ku pamięci mej, a i innych posiadaczy kombiwara, być może zainteresuje.
Tym razem dwa ciasta, klasyki w mej kuchni, ale na takich najlepiej eksperymentować z parametrami wypiekania w nowych urządzeniach. Kiedyś już pisałam, że w tym roku odświeżam znajomość z tym urządzeniem, próbuje zastosować nie tylko do podgrzewania.

Do sernika klasycznego, bez spodu, podchodziłam dość długo. Coś w Lidlu, bez większego zastanowienie, kazało mi kupić kilogramowe wiaderko mielonego twarogu. W domu, zapał do sernika minął. Głównie po tym, jak na znajomym mi forum kulinarnym, zapytałam, jak dalej postąpić i nie tylko nie otrzymałam odpowiedzi, ale też troszeczkę niefajnie mi się czytało, że serniki wiaderkowe, to 'feee', a i termoobieg przy serniku to pomyłka. Odwaga wróciła, gdy zostałam pchnięta do działania przez Krystynę - wielkie dziękuję. :-)
Zrobiłam klasyczny sernik, który robię w klasycznym piekarniku. Nawet dodałam mniej tłuszczu, bo tuż przed przelaniem do formy, uświadomiłam sobie, że leży nie tknięty na stole, więc na siłę pół kostki wkręciłam, bo więcej się nie dało w już gotową sernikową masę.
Kombiwar nagrzałam do 160 st C przez ok 15 minut. Uprzednio nalałam na dno misy wody, ok 1-1,5 cm wysokości. Sernik w okrągłej tortownicy powędrował na solny ruszt na 50 minut. Następnym razem dam jednak 10 a może i 15 minut więcej, bo on bez spodu jest, więc mógłby się trochę tutaj bardziej zwarty.
Uważać trzeba na górę, bo się dość szybko zarumieniła, musiałam otworzyć kombiwar i przykryć tortownicę. Bałam się, ze pięknie wyrośnięty sernik opadnie po zmianie temperatury, ale nie.... :-) Równiutki do końca. A wyrósł do górnych brzegów formy. Stygł też w kombiwarze, więc tak faktycznie dogrzał się w nim jeszcze trochę.
Potwierdzeniem niech będą archwialne już zdjęcia.


Ostatni wypiek, to ciasto drożdżowe. 
Motywacją do niego były wcześniej wypiekane pizze. Czasy, gdy odgrzewałam gotowce ze sklepu, odeszły (mam nadzieję) w zapomnienie.

Wierzch lukrowany ze śliwkami, jeszcze nie węgierkami, więc trochę bardziej soczystymi, ale pysznie słodkimi.
Ponieważ moja porcja jest na prostokątną większą formę, postanowiłam oprócz drożdżówki w tortowej formie, zrobić 4 małe drożdżowe bułeczki, czy ciasta do ręki. I one poszły jako pierwsze na kombiwara. Tym razem temperatura wyższa, bo 180 st C, nagrzewanie też 15 minut. Wszystko piekło się na niskim ruszcie, bez wody. Bułeczki, jako, że ich było mniej tylko 15 minut, ale już placek drożdżowy piekł się 25 minut. Zdjęć placka nie mam, ale bułeczki udało mi się sfotografować zaraz po wyjęciu z 'pieca'.




1 września 2013

Tydzień temu... Chełmno, spacerkiem.

Jadąc, wracając do domu z Gruczna, już trasą bardziej cywilizowaną (tzn. asfalt nie łatany, za to z koleinami po tirach) zjechałam w bok, do 'starego' Chełmna.
O grodzie wzmiankują już dokumenty z XI w. Rozwinął się znacznie po sprowadzeniu Krzyżaków do Polski. Im właśnie zawdzięczamy zamek, w którym do połowy XIII w mieściła się siedziba I Komturii, liczne kościoły i większość dziś podziwianych zabytków. Planowano nawet założyć uniwersytet, gdy w XIV w miasto przystąpiło do Hanzy (Hanza - związek miast handlowych północnej Europy z czasów średniowiecza). W XVI w miasto przeszło w polskie ręce, zachowało co prawda przywileje, ale rozwój został zahamowany. Miasto rozbudowano w stylu renesansowym (głównie rynek - ratusz i kamienice). Jak było w dalszych latach, łatwo się domyśleć znając chociaż trochę naszą historie. Na szczęście od kilku lat miasto ponownie ożywa, w dużej mierze dzięki środkom unijnym, ale też i ludziom, ich pomysłom, realizacjom. 
Zaparkowałam na Rynku, podejrzewając się, że w dni wolne opłat parkingowych nie uiszcza się (tak przynajmniej jest u mnie), podeszłam do parkomatu, by upewnić się, że mam racje. Niestety, nie mogłam znaleźć informacji potwierdzającej, wykupiłam bilet parkingowy. Stojący 1,5 m ode mnie taksówkarz też nie raczył mi powiedzieć, żeby biletu nie kupować, a musiał słyszeć moje głośne rozważania przy parkomacie. Zainwestowałam złotówkę za pół godziny stania. U mnie, to koszt tylko 70 groszy ! 
Rynek, starówka miejska, w charakterystycznej zabudowie średniowiecznej, na bazie kwadratowego rynku z uliczkami prostopadłymi względem siebie, po dwie wychodzące z każdego rogu rynku. 
Pierwsza budowla rzucająca się w oczy to ratusz  umieszczony centralnie. 


To chyba najbardziej obfotografowany obiekt w mieście. Łatwo dostępny z każdej strony, sam wpasowujący się w kard, czego nie można powiedzieć o innych zabytkach.  
Obecnie mieści się tutaj Muzeum Ziemi Chełmińskiej. Moją uwagę zwróciła pompa. Ale niestety, nic o niej nie wiem.


Dwie uliczki odchodzące od rynku, w stronę tej drugiej się właśnie udamy, w tle widać Bramę Grudziądzką.
Poniżej charakterystyczny budynek poczty umieszczony w jednym z rogów rynku, a z prawej strony, nieco bliżej w kadrze stoły targowiska miejskiego. Przyznam, że na początku trochę mnie taki widok zniesmaczył, ale czytając, że historycznie na rynku były stoły i odbywał się handel, spojrzałam na sprawę inaczej.


 Kolejny, charakterystyczny dla zabudowy średniowiecznej element rynku - kościół farny. Niestety, słońce, jak i wąskie uliczki uniemożliwiały książkowy kadr. 


Idąc ulicą Grudziądzką dostępną tylko dla ruchu pieszego (w mieście, w okolicach rynku jest obowiązujący ruch jednokierunkowy i wiele uliczek jest dla samochodów niedostępne), można podziwiać renesansową zabudowę będącą już po rekonstrukcji, bądź w jej trakcie.


Idąc widać, jak sukcesywnie odnawiane są kamieniczki.
Ulicę Grudziądzką kończy Brama Grudziądzka (potocznie zwana Bramką) - jedna z dwóch, które uchowały się w ramach murów obronnych. Mury obronne miasta, to oddzielna historia, nierestaurowane, po prostu zawalały się i musiały być, z braku funduszy, po prostu rozbierane. Dziś to wygląda już nieco inaczej, na szczęście, bo to naprawdę niebywały dziś zabytek.
Za bramą miejsce spacerowe mieszkańców, dużo zieleni, bodajże tzw Nowe Planty (ale nie jestem pewna). Uwagę przykuwają dywany kwiatowe (co prawda to nie Ciechocinek, ale ;-) ), fontanna i... ławka zakochanych.


 Od pewnego czasu Chełmno promuje się właśnie hasłem 'Chełmno miastem zakochanych'. Nie mam pojęcia, skąd taki slogan, ale dość hucznie próbują świętować 14 lutego. Ławeczkę koniecznie chciałam zobaczyć, jednak rzeźby, no cóż... mnie się nie podobają.

 Zdecydowanie lepiej prezentowało się 'zjawisko' w naturze.


Akurat miała miejsce promocja zdrowego trybu życia i dbania o siebie, umieszczono stoliki z informatorami, jak i co należny robić, by poprawić sobie zdrowie. Badano ciśnienie, poziom cukru, mierzono i ważono.


Wracając na Rynek, nie mogłam oprzeć się bramie i zegarowi.


Nowością na rynku, od mej ostatniej wizyty jest fontanna. Z konstrukcji ramy domyślam się, że podświetlana. Jak wygląda w dzień, każdy widzi. Chyba na tym rynku pasuje średnio. Ale to moje subiektywne odczucie. Lubię wodę i nie mogłam się jej, mimo wszystko, oprzeć.


Zdecydowanie inaczej wpasowały się czasowo... stare samochody. Jak się później okazało, były przejazdem, w drodze z Grudziądza, gdzie prezentowały się na pokazie kawalerzystów.


Robią wrażenie. Prawda ? ;-)
O ile się nie mylę, żółty kolor rejestracji oznacza pojazdy historycznie zabytkowe, ale pewności nie mam.

I na koniec, jeszcze jedno spojrzenie na Ratusz i 'konkurencję' potwierdzającą to, że że Rynek jest wdzięcznym obiektem do zatrzymywania rzeczywistości w kadr.


Następnym razem, chętnie pochodzę już nieco dalej, tylko uprzednio poczytam, gdzie należy się udać, bo tak naprawdę na Rynku brakuje takich informacji. Przynajmniej ich nie znalazłam.

 
A tak na marginesie, nie wiem, kiedy ten post uda mi się opublikować (koszmarne problemy z Bloggierem przy wstawianiu zdjęć), zaczęłam pisać ok 11.00 , jest prawie 14.00. Jak ktoś spostrzegawczy, zauważy, że prawie dokładnie tydzień temu, też o tej porze właśnie te zdjęcia były robione.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...