Pages

10 kwietnia 2014

Wieczorne loty



Zdjęcia kiepskiej jakości, bo szaro się robiło, aparat trochę głupiał przy ostrości na ręcznych ustawieniach. Było przed 19.00. Balony pojawiły się w zasadzie dość rozproszone na niebie. Chyba wiało na górze, bo balony dość szybko się przemieszczały. Słychać było huk podawanego gorącego powietrza.

Pojawiły się od strony północnej. Dwa balony szybko powędrowały nad dachem budynku w kierunku południowym, reszta - zdawałoby się - że wiszą na niebie i wiszą. Po jakiś 15 minutach zaczęły sukcesywnie pojawiać się po drugiej stronie nieba, też kierowały się na południe.





Może jeszcze w sobotę, czy w niedzielę w ciągu dnia uda się złapać jakiś balonik w kadr, bo loty zaplanowane są na godziny poranne.  Wszystko za sprawą XIII Wielkanocnych Zawodów Balonowych. 



A zmieniając zupełnie temat, na bardziej rękodzielniczy, to mam wielką prośbę. Czas jakiś temu widziałam w necie wzorek warkoczowy, taki zwężający się. Myślałam, że to nie problem odtworzyć z wyobraźni, ale coś mi nie wychodziło. Warkocz ku górze zwężał się, ale zbyt szybko, zaczęłam szukać wzorku no i znalazłam, nawet ze schematem. Szczytem szczęścia jednak byłoby wiedzieć, co oznaczają wszystkie piktogramy - główny problem, to nachodzące na schemacie warkocze. Żeby mnie dobić, wszystko po angielsku. :-)))
Schemat znajduje się tutaj, a 'opis' piktogramów tutaj. Chodzi mi o 5-6 oznaczenie i 11-12 oraz 16-17.
Z góry dzięki ! ;-)










5 kwietnia 2014

Kwietniowo


 

Słońce świeci zdradliwie, bo w zaciszu dość ciepło, ale na otwartej przestrzeni wiało dziś, jak nie powiem co. Okropnie. W cieniu, to naprawdę zimno. Podjechałam na działkę posadzić do misy kilka bratków, które stały na balkonie i czekały, czekały. Wywiozłam też kurzy nawóz, bo też stał w domu i czekał. Robi się zielono, ale ta zieleń jeszcze taka trochę żółtawa, żywo zielona jest tylko gwiazdnica, czy jak tam to zielsko się nazywa. 

Wymierzyłam murek, w którym pierwotnie (naście lat temu) miał być kompostownik, ale że się nie sprawdziło, wymyśliłam sobie, że może zrobię tam grządkę podwyższona. Jest szansa, tylko muszę dowieźć ponad 500 l ziemi. Fajnie...




Tymczasem kilka zdjęć z poziomu trawnika.


Z przykrością też stwierdziłam, że ktoś mi podprowadził kamienie. Bezczelnie zabrano z górki tworzącej kaskadę sporą jej część, gdzieś tak 1/3 całości. Widać to lepiej na trzecim zdjęciu - zaznaczyłam miejsce ubytku. Oczywiście kamienie zniknęły od strony pergoli, ale też z tyłu od sąsiada, czyli z tyłu względem tego kadru. Dobre dwie-trzy taczki kamienia. Jak widać poprzesuwano też i tę nieckę z której wypływa kaskada, a był ona wcementowana, wyprofilowana tak, by woda z kamieni spływała do oczka, czyli powyrywano, poprzebierano. :-( 
Przykre, bardzo przykre.
Musi nie tylko być dowieziony kamień, ale od nowa wyprofilowany spad wody tak, by kamienie kierowały go do oczka, a nie na boki. Mój kaskadowy strumyczek ma dwa rozgałęzienia, więc sprawa się komplikuje dodatkowo.



Na koniec, piątkowe zdjęcia przesadzonych pomidorów. Ostatecznie mam po 30 sztuk z każdego rodzaju, czyli 60. Oklejone paseczkami papieru, by odróżnić po kolorze gatunek roślin  Stoją na desce do prasowania. Nie miałam innego pomysłu. Nie będę prasować do 15 maja ! :-)


I kadr z 'Życia bawełny'. 
Wczorajszy kadr. Już widać liścienie. Jeszcze nie wszystkie osiem, więc czekam cierpliwie na resztę.


30 marca 2014

Zrobiona na zielono

Wiosna to słońce, słońce i kolor zielony. U mnie natura poszalała i zrobiła mnie na zielono. I to jak !
Zachciało mi się farbowania. Zielony kolor łazi mi gdzie z tyłu głowy prawie zawsze, ale jakoś nie mogę się zebrać. Z resztą czym teraz można naturalnie farbować na zielono ??? Wkoło trawy dopiero nieśmiało zielenieją, jeszcze liści nie ma. Posucha. W ramach jasnozielonego spełniania, kupiłam czajnik. ;-)

 

Poszło więc w sprawdzone, przy pomocy ałunu farbowanie. To efekt. 
Najpierw dyndający w porannym słońcu marcowej niedzieli, kapiący swobodnie na wietrze.

Ałun 20 %, 200 g merynosa z WoW. 

Słońce niestety dodaje żółtości. Faktyczny, prawdziwy kolor 'idzie' w zielone. Zielone trudne do określenia. Żółto-zielone, zielono-żółte ? Naprawdę nie wiem. Co spojrzę na wełnę, to śmiać mi się chce, bo tak walczyłam z sobą, by nie dosypywać miedzi i nie zmieniać naturalnego koloru (kusiło bardzo, bardzo). A i tak wyszło... w zielone. :-)))

Tutaj już wyschnięta wełna, jednak w promieniach słońca. Zdjęcie z lewej ma 'podkręcone' nienaturalnie kolory, by przybliżyć Wam właściwą barwę merynosa. Z prawej oryginalne zdjęcie.


A teraz cała prawda o tym, czym farbowałam. Farbowałam z użyciem 200 g suchej aksamitki. Tak, tak, dokładnie tej samej, co jesienią. Z czego wynika tak inny, różny od jesiennego efekt ? Przypuszczam, że aksamitka ma to w sobie, że inaczej oddaje barwniki, gdy roślina jest żywa, bądź względnie żywa. Wówczas już moczony kwiat barwi wodę na pomarańczowo. Teraz po 5 miesiącach leżakowania w wersji zasuszonej natura zamieszała. Prawdopodobnie kolor roztworu wodnego zmieniły nasionka, ta ich czarna część. Oczywiście to moja teoria, chociaż trochę jej po drodze z doświadczeniem Finextry i tymi samymi przecież aksamitkami. To nie żelazowa woda w kranach warszawskich, tylko aksamitka, jej natura.


A teraz jeszcze kilka ujęć mojej pomidorowej hodowli. Nasionka podkiełkowały prawie w 100%. Później uświadomiłam sobie, że przecież mogłam wysiać tylko połowę nasionek. Cóż. Wybrałam te mocniejsze i umieściłam w pojemniczkach zrobionych z niepotrzebnych wydruków. 40 malutkich doniczek. W każdym umieściłam podkiełkowane nasionka, czyli nasionka z długaśnym ogonkiem. Kładłam ładnie, uważając na korzeń, stąd pewnie nie kiełkują centralnie w doniczkach. Doniczki ustawiłam przy balkonie, od wschodniej strony, by dostarczyć im dużo światła, ale jeszcze nie tak ostrego, jak od strony południowej. Wszystko ładnie pięknie, wieczorem temp. 20 st C, w ciągu słonecznego dnia dzisiaj 32 st C !
Ale nie może być idealnie, postały dobę i już zaczęły się wschody roślin. A wieczorem.... runęła na nie górna roleta z okna balkonowego, wewnętrzna. Tego dnia, przed południem  została na nowo podklejona, na świeżą taśmę, bo się troszeczkę przemieściła przy myciu okien, wisiała naście godzin, była testowana wytrzymałość (podciąganie, opuszczanie), pozornie wszystko ok. Było i ... spadła. Runęła w dół, cała, rozciągnięta. Powywracało się kilka doniczek, w kilku oberwały roślinki, zostały zniszczone dokumentnie, musiałam dosadzić z pozostałych podkiełkowanych nasion (na szczęście nie wyrzuciłam nadmiaru, chociaż trudno było wyciągnąć cały korzonek z wilgotnego ręcznika papierowego, bo jednak przez dobę podrosły). Ale i tak, jak tak dalej wszystko będzie rosnąć, powinnam wydzierżawić jakieś hektary. :-)))
Nasionka do ziemi powędrowały we czwartek popołudniu,na ok 1,5 cm głębokości. W piątek już zaczynało się zielenić.


To zdjęcie w sobotę rano.


A to z kolei dzisiaj, w pełnym słońcu.


W sumie mam 40 doniczek. Po 20 dla każdego gatunku pomidorów. Siałam po 2 nasionka żółtych i po 3 czerwonych. Czerwone pomidory lepiej kiełkowały. Jednak teraz, gdyby nie podpis i wiedza, po ile nasionek gdzie jest, trudno byłoby odróżnić. Dobowo oczywiście doniczki są obracane, bo roślinki wyginają się ku słońcu.
Do ziemi powędrowały też wszystkie nasiona bawełny. 4 ruszyły tak, jak pomidory i we czwartek już siedziały w doniczkach, w sobotę dołączyły 2 kolejne i dzisiaj, niedawno 2 ostatnie. Jak na razie 100% nasionek ruszyło. Z poprzedniej paczki tylko 10% (1 na 10). 
Niech rosną. ;-)






23 marca 2014

Sezon wiosenny już otwarty.

Od 3 dni mamy wiosnę. Tak, w tym roku ogłosili wcześniej i z tego, co pamiętam w 2040 którymś ma przyjść nawet 19 marca, bo coś tam się w kosmosie przestawia ( nie pamiętam co) i tak już będzie. Oby tylko sama wiosna została poinformowana tak dobrze, jak w tym roku. :-)

 
W piątek było naprawdę ciepło i słonecznie, chociaż wietrznie, wczoraj jeszcze ciepło, słońce wychylało się tylko na 'chwileczki', a jak się wieczorem rozpadało, to tak kapie z nieba z mniejszą, czy większą częstotliwością. Pada cały czas. Wczoraj udało się ogarnąć balkon po zimie, nawet pierwsze pranie wisiało i wyschło ! 
Wcześniejsze słońce już tak zadziałało, że nie wytrzymałam i ruszyłam rano z przyjaciółką na ryneczek, Rynek, czyli targowisko na sąsiednim osiedlu, celem nabycia chociaż kilka sadzonek bratków. Jeju, jakie one mają teraz kolory ! Głowa boli, a jak jeszcze stoją w takich kolorowych skupiskach, to człowiek normalnie durnieje. Aż trudno zdecydować się na kolor, bo każdy kwiatek śmieje się inaczej. :-)

Nie chciałam nasadzać w skrzynkach na poręczach, bo tam będą pelargonie. A dobre bratki potrafią kwitnąć ido czerwca-lipca. Zdecydowałam się na nasadzenia w 3 donicach i tym samym, mam mały kącik wiosenny.


Nie mogąc się oprzeć kolorowym, kupiłam jeszcze kilka z myślą o donicy na działce. To niektóre z nich. Jak robiłam zdjęcia, wiało chwilami tak, że większość zdjęć niestety poruszona.


Nakręcona wiosną, odważyłam się powysiewać kolejne roślinki na sadzonki. Niestety, u mnie przeżywalność siewek (jeśli już łaskawie wykiełkują) jest dość niska. Chcę tym razem bardzo uważać na wilgotność, bo prawdopodobnie to główna przyczyna. I tak mam wykiełkowane już cynie czerwone, chociaż widziałam dziś w necie tabelkę, z której wynika, że cynii nie powinno się wysiewać do skrzynek. Co będzie, to będzie, trudno. Stało się. Wykiełkowały też aż 4 nasionka kwiatka o mało ładnej nazwie- niedźwiedzia łapa (oficjalna nazwa i nie mam pojęcia, kto tak przywalił nazwą roślinie) a w pojemniku obok gazania nie raczyła jeszcze ruszyć z miejsca. Taka postawa na ogół zniechęca, ale nie mnie w tym roku. Mam jakieś dziwne parcie na życie. Mam swoją teorię, skąd to wszystko, ale pominę milczeniem.W związku z takim 'szalonym' wschodem moich nasionek, poszłam dalej. Postanowiłam kupić kolejne nasionka (znowu via net) i tym razem wcześniej podkiełkować, czyli umieścić w pojemniku, na wilgotnym podłożu (zmoczony ręcznik papierowy), przykryć tak, by wewnątrz zachować stałą wilgotność i temperaturę. I pewnie bym zapomniała, ale z pomocą przyszła mi gazetka (ta sama, która pchnęła mnie do wykonania długaśnej kamizelki z kapturem - zaczynam rozważać przedłużenie prenumeraty ;-) ), a w niej artykuł o wysiewie domowym pomidorów. A ja w pracy odebrałam przesyłkę nasionkową z pomidorami !

I tak mam dwa gatunki małych, pięknych, urokliwych pomidorków. Nazwy czytelne z opakowań. Obydwie odmiany nadają się do pojemników.


Kupiłam też ponownie nasionka bawełny. Pierwsza próba kompletnie nieudana, bo na 10 nasionek z opakowania, wzeszło jedno i poza wzrostem na wysokość ok 2 cm, nawet nie wychyliło listków pierwotnych z nasionka. Wyglądało, jak nasionko na nóżce. I nic. Dalej nic. Postało, zaschło. :-(
Uparłam się na inną firmę, dla zasady (nie wiem jakiej :-) ) i udało się. W opakowaniu było zaledwie 8 nasionek i zmieniając metodę postępowania z nasionami, umieściłam je też do podkiełkowania, w pojemniczku po kupnej surówce.


Trzymam mocno kciuki, by się udało, by ładnie rosły pomimo pogody za oknem i niech się nie zrażają, że obok kwitnie jeszcze.... hmmm... grudnik. :-)



Trzymajcie się ciepło, na wiosnę !





21 marca 2014

Na słodko i na słono

Godne polecenia, naprawdę.
Drożdżówka z twarogiem (nie wiem czemu niektórzy mówią z serem, w moim regionie zdecydowanie odróżnia się ser od twarogu). Co prawda na dolnym zdjęciu twaróg wygląda trochę zakalcowato, ale w następnych kawałkach było go więcej i wyglądał już lepiej. Wiadomo, że nie było szansy zrobić kolejnych zdjęć, bo drożdżowy zawijaniec znikał piorunem.


Składniki na ciasto:
1/4 szklanki ciepłej wody
1/2 szklanki ciepłego mleka
2 1/4 łyżeczki suchych drożdży (dałam 5 dag z kostki)
3 szklanki maki
1/4 szklanki cukru
4 łyżki miękkiego masła
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
skorka otarta z 1 cytryny
szczypta soli

Nadzienie (wszystkie składniki połączyć ze sobą):
250g twarogu
1/2 szklanki cukru
3 łyżki maki
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Wykonanie ciasta:
W oryginale Bajaderka podaje, że drożdże zmieszać z wodą i poczekać, aż utworzą się bąbelki i połączyć z resztą składników. A, że nie doczytałam, zrobiłam typowy rozczyn i też wyszło. Przykryć i odczekać, aż podwoi objętość przez około godzinę. Później podzielić ma dwa ciasta i każdą porcję rozwałkować na prostokąt. I teraz ponacinać taki prostokąt z każdego boku w kierunku środka. Nacięcia powinny stanowić około 1/3 długości dłuższego boku. Nadzienie układamy w środowej części. Zakładamy powstałe z nacięć paski w kierunku środka. Ułożyć oba zawijańce na dużej blasze z piekarnika (papierem można delikatnie je oddzielić od siebie) i piec w temp ok 175 C ok 30-35 minut. Osobiście drożdżowe piekę z termoobiegiem. By miało ładny kolor, smaruję żółtkiem rozmąconym z mlekiem. Można posypać grubym cukrem kryształem, albo później polukrować.

I dla odmiany szynka gotowana, do pieczywa.
Jak pisałam wcześniej, poszukiwałam sposobu, by z kawałka szynki (łopatki, etc) wykonać w domu coś na chleb zamiast sklepowej wędliny. Początkowo używałam piekarnika, od dobrego miesiąca juz tylko mięso gotuję w wodzie. W nie tylko moim odczuciu, jest bardzo dobre i bliskie szynce nabywanej w sklepach, jednak zdecydowanie zdrowsze.


We wstępnej obróbce mięsa niewiele zmieniłam. Robię typowo - zalewa z wody z solą peklową, czosnkiem, zielem angielskim, liściem laurowym, pieprzem, cukrem, papryczką chili, jałowcem i leżakuje 7 dni w lodówce (2 razy dziennie zamieniam mięso stronami w misce, by zalewa dotarła wszędzie).  Później przepisy mówią by wyjąć, osuszyć i wrzucić do woreczka (rękawa do pieczenia). Jednak mnie się trochę wizualnie nie podoba zewnętrze, zwłaszcza jeśli do woreczka niedokładnie związanego wpłynie trochę wody z gotowania) i by 'skórka' szyneczki była ładniejsza i bardziej apetyczna, nacieram ją przez wrzuceniem do woreczka słodką papryka zmieszaną z majerankiem. Zawiązany pakunek ląduje w garze z wodą zimną. Przykrywam garnek, ale tak nieszczelnie i pozostawiam do pyrkania. Woda nie powinna bulgotać, im mniejszy 'ogień', tym lepiej. Czas gotowania jest sprawą indywidualną. Trzeba dobrać do siebie, jak i zioła do smaku, mnie najlepiej odpowiada gotować godzinę taki kawałek 70-80 dag. Kilogramowy już trzymam ok godziny i 20 minut. Pozwalam poleżeć szynce w woreczku w arze na tyle, by móc wyjąć i się nie poparzyć. W woreczku gromadzi się całkiem niezła porcja 'płynu' z mięsa. Można ją jakoś wykorzystać (do sosu). Mięso już ciepłe owijam w folię aluminiową, stygnie i później trafia do lodówki.
Początkowo kupując mięso, marudziłam, by kawałki były odpowiednio wysokie, ale zmądrzałam, bo im w przekroju ma mniejsza wysokość, tym łatwiej dociera zalewa w środek, nie trzeba nastrzykiwać i wydziwiać. Lepszy kształt można nadać mięsu przez związanie sznurkiem do żywności. 
I tyle.

Więcej pisania, niż roboty.

Smacznego ;-)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...