Pages

11 lipca 2011

Się porobiło - cz. 9 - Alpaka

A to mój urobek.

Oczywiście nie potrafię zwinąć pięknego warkocza. Próbowałam po staremu, nie czytając rady Justyny. Coś się niby skręcało, coś niby wywijało już, prawie już... ale ostateczny efekt, poplątaniec.

 Tak wyglądała przędza po stabilizacji.














 A tak już zwinięta w moteczek.
Naprawdę, bladego pojęcia nie mam, czy jest przekręcona, czy tylko mi się wydaje. 


Wszelkie uwagi i sugestie mile widziane. :-)
Jestem i tak dumna z tego kłębuszka. :)

10 lipca 2011

Liliowo, liliowato, lipcowo.

Niedzielny, sloneczny poranek, lekki wietrzyk, nie ma ukropu, przyjemnie. Kwiaty się wyciągają do słońca.


Lubię lilie, w szczególności trąbkowe, a ich akurat mam niewiele. Jakoś teraz  jeszcze nie kwitną, a może nie przetrwały zimy. Się okaże, bo niektóre są dużo późniejsze.

























 

























I liliowce. To chyba kwiaty jednej doby, niestety. :-(












































 A skoro o liliach, to niech nie można i o tej zapomnieć. ;-)



9 lipca 2011

Się porobiło - cz. 8 - Tour de Fleece weekendowo

Jak weekend, to weekend. Wrzeciono pojechało za miasto. ;-)

Prawdę powiedziawszy, chciałam uprząść cała tę najciemniejszą 100 gramową porcję alpaki z Marici tutaj, by wyprać, by spokojnie mogła na powietrzu sobie schnąć. Owszem, udało się, jednak przyznaję bez bicia, że nie tak szybko to poszło. Dziś kilka godzin, z mała przerwą na jedzenie i spacer z psami. Co mnie zdziwiło, że właśnie po tej przerwie (wcale nie długiej) powrót do przędzenia był dość bolesny dla rąk. Udało się pokonać kciuki i palce wskazujące, dostosowały się do pracy, jednak początkowo były jakieś takie... jakby nie moje. :-) I chyba mam je przesilone. Nie miałam pojęcia, że tak mocno one pracują. Nie wiem, jak będzie jutro. Póki co, przy sobie alpaki już nie mam. Wieczorem wracam do domu, a tam wiadomo... ;-)


Wracając do tej porcyjki. Nie wiem dokładnie ile gram ostatecznie przerobiłam, bo część króciutkiej strzyży nie mogłam przerobić, więc darowałam sobie. Przewinęłam nić w lagi i o ile się nie machnęłam, to wyszło mi (z przeliczenia zwojów) 425 m. Jest dość cienka, nie spodziewałam się, że po wypraniu zachowa tak ładnie ową 'chudość' skrętu. To fajnie, bo mi zależy właśnie na cienkiej nici. I zostanie singlem. Nie wiem, czy jej nie przekręciłam nadto. Merynos w takim układzie bardziej mi się stabilizował. Tutaj, na tą chwile trochę mam wątpliwości. Po praniu, odciśnięciu w ręczniku, odzyskiwała już włos. Takie kudełki sterczące. :-)

A skoro wrzeciono na wyjeździe, to nie wypadało, by nie odpoczęło na leżaku chociaż trochę. ;-) na łonie natury. :-)


8 lipca 2011

Wieczorne odwiedziny.

Jestem na działce. Wilgotno i duszno przez cały dzień. Po godzinie 22.00 jeszcze na termometrze 20 st C. Wyszłam trochę na zewnątrz, idę do furtki, a tu... kolczasty gość. W pierwszej chwili oboje się chyba wystraszyliśmy, bo totalne zaskoczenie. Stanęłam przed nim jakiś może metr i ... jeju, a aparat w altanie !
Kręcę się koło niego, stoi. Pośpiesznie ruszyłam po sprzęt, wychodzę, patrze... nie ma. No tak, jaki jeżyk chciałby czekać na sesje... Odwracam się, a on przedreptał pół działki i jest prawie przy altanie. To do dzieła ! :-)
Zdjęcia na automacie, bo naprawdę nie był to czas na ręczne ustawienia i pozowanie. Jeżyk dość szybko drepcze, co trochę kłóciło się autofokusem i lampą, ale co tam. To kilka zdjęć z wieczornej wizyty. Nie chciałam go straszyć zbyt długo lampą, bo był zdenerwowany i wołał 'tuk, tuk,tuk, tuk....'. :-)
























Dziś było trochę słońca, w godzinach popołudniowych lało, siąpiło na zmianę. Dzień kończył się na różowo. 



6 lipca 2011

Się porobiło - cz. 7 - Tour de Fleece i filc.

Wystartował wyścig kolarski, wystartowało też Tour de Fleece. Pewnie dojadę gdzieś na końcu peletonu, bo wrzeciono ma swe prawa i ograniczenia, (moje umiejętności też oscylują w fazie początkowych), ale co tam. Ważne przecież, by kręcić. Dosłownie. ;-)
A ja kręcę/przędę alpakę.
Jak się wcześniej chwaliłam, mam możliwość doświadczeń nie tylko z samą alpaką, ale z alpaką 'żywą', nie przetworzoną, po prostu ściętą z przeuroczej Marici (patrz posty niżej). Lojalnie uprzedzano mnie, że może nie być łatwo, bo czesanka, czyli wstęga przeczesana, wyczesana, to co innego w przędzeniu, ale co mi tam. Muszę przecież spróbować. :-) Faktycznie, bardzo łatwo nie jest. Ale też bez przesady. Kilka pierwszych minut i już wskoczyłam w rytm. Mam z tego zadowolenie. A to najważniejsze. Przypuszczam, że nitka nie będzie taka cienka, jakbym chciała, ale rwać włosów z głowy nie zamierzam. To moja pierwsza nie tylko alpaka, co i pierwsze prawdziwe runo, strzyża.  Początkowo próbowałam 'poszarpać' w palcach, ale to się nie sprawdziło z przypadku krótszej sierści. . Pewnie bardziej wprawione osoby z tym sobie doskonale radzą. Mnie łatwiej jest pracować chociaż z trochę przeczesanym runem. W ruch więc poszedł psi grzebień. Sprawdza się dość dobrze pomimo, że nie jest to szczotka w typie grępli, a grzebień z szeroko rozstawionymi, krótkimi 'zębami'. Skręcam alpakę konkretnie, mocno. Czytałam wypowiedz, że alpaka jest najładniejsza przędzona w miarę luźno. Nie wiem, nie znam się, ale moje skromniutkie doświadczenie podpowiada, że opinia ta musi być wydana na podstawie czesanej maszynowo alpaki, nabytej 'z metra', ale nie ze strzyży. I pewnie też nie wrzeciona dotyczy ta uwaga, bo słabo skręcona nić pod ciężarem wrzeciona pana na 'K' się rwie. A tak na marginesie - może powinnam rozglądnąć się za lżejszym wrzecionem ? ;-)

Tak wczoraj wieczorem wyglądała moja praca. Zdjęcia nieszczególne jakościowo, bo robione wieczorową porą.



Przede mną jeszcze kolejne 200 g w jaśniejszych odcieniach alpaki, ale to póóóóóóózniej. ;-)


Wcześniej oczywiście też zajmowałam się czesanką, ale w nieco inny sposób. Efektem owych działań jest filcowe etui dla Moniki. Niech dobrze służy i bezpiecznie 'trzyma' telefon.


5 lipca 2011

Się porobiło - cz. 6 - baby kokon

Jak wiecie, kilka dni wysłałam do małego Szymona urodzinową paczuszkę a w niej, m.in. baby kokon podpatrzony na Ravelry. Wygląda na to, że Małemu może nie tyle sam kokonik, co pobyt w nim się podoba. A to dowód dostarczony przez mamę A.S.



Mam nadzieję, że przyda się i reszta dzierganek, ale do nich Szymon musi podrosnąć. :-)

1 lipca 2011

Dzień Psa

Boże pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego uważa mnie mój pies.
 Janusz Leon Wiśniewski
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...