Jak weekend, to weekend. Wrzeciono pojechało za miasto. ;-)
Prawdę powiedziawszy, chciałam uprząść cała tę najciemniejszą 100 gramową porcję alpaki z Marici tutaj, by wyprać, by spokojnie mogła na powietrzu sobie schnąć. Owszem, udało się, jednak przyznaję bez bicia, że nie tak szybko to poszło. Dziś kilka godzin, z mała przerwą na jedzenie i spacer z psami. Co mnie zdziwiło, że właśnie po tej przerwie (wcale nie długiej) powrót do przędzenia był dość bolesny dla rąk. Udało się pokonać kciuki i palce wskazujące, dostosowały się do pracy, jednak początkowo były jakieś takie... jakby nie moje. :-) I chyba mam je przesilone. Nie miałam pojęcia, że tak mocno one pracują. Nie wiem, jak będzie jutro. Póki co, przy sobie alpaki już nie mam. Wieczorem wracam do domu, a tam wiadomo... ;-)
Wracając do tej porcyjki. Nie wiem dokładnie ile gram ostatecznie przerobiłam, bo część króciutkiej strzyży nie mogłam przerobić, więc darowałam sobie. Przewinęłam nić w lagi i o ile się nie machnęłam, to wyszło mi (z przeliczenia zwojów) 425 m. Jest dość cienka, nie spodziewałam się, że po wypraniu zachowa tak ładnie ową 'chudość' skrętu. To fajnie, bo mi zależy właśnie na cienkiej nici. I zostanie singlem. Nie wiem, czy jej nie przekręciłam nadto. Merynos w takim układzie bardziej mi się stabilizował. Tutaj, na tą chwile trochę mam wątpliwości. Po praniu, odciśnięciu w ręczniku, odzyskiwała już włos. Takie kudełki sterczące. :-)
A skoro wrzeciono na wyjeździe, to nie wypadało, by nie odpoczęło na leżaku chociaż trochę. ;-) na łonie natury. :-)