Nawłoć (Solidago virgaurea) mylona z mimozą (tu wyjaśnienie) rośnie u mnie w kąciku przy oczku wodnym. Niewiele tego. Rozsiewa się i trzeba uważać, bo jak kiedyś pisałam, ekspansywna roślina.
W tym roku zakwitła szybciej, ale też kwitła dłużej. Miodna, jak zwykle, przyciągała stada owadów. W tym roku pierwszy raz widziałam miód z nawłoci, dane mi też było go spróbować - oczywiście, nie mojej nawłoci - na Festiwalu Smaku w Grucznie. Bardzo delikatny w smaku, nie za słodki i taki jakiś lekki. Żałuję, że sprzedawca nie miał mniejszych słoiczków - litrowy wydawał mi się ciut duży, bo kupowałam jeszcze inne smaki miodu.
Z mojej pracowite pszczółki wyniosły 'miodek' do innych uli, a chcąc coś z niej mieć, prawie w ostatniej chwili postanowiłam wykorzystać przekwitające kwiatostany do farbowania.
Miałam jasną wełenkę, przygotowaną wcześniej i zaprawioną ałunem 20%. Zalałam kwiatostany lokalną deszczówką, poleżały dobę, podgotowałam, odcedziłam rośliny i w barwnym płynie farbowałam wełnę gotując na maleńkim ogniu, nie dopuszczając do wrzenia. Gar przykryty pokrywką. Gdy ostygła utrwaliłam odrobiną octu. Uprzędłam tylko część. Jest niestety, jak mnie uprzedzano, podgryzająca.Tzn wełna sama z siebie, to nie wina nawłoci. :-)
Jak widać, miejscami kolor jest bardziej intensywny, wręcz inny odcień. Na zdjęciach, w popołudniowym słońcu wyglądający łagodnie, jednak w naturze trochę 'ostry', wściekły. Nie wiem dlaczego takie zróżnicowanie w barwie, jedyne wyjaśnienie, to większa temperatura w środkowej części garnka, w miejscu styku z wełną.
I, jak to w naturalnym farbowaniu, kolor niejako 'blednie', traci na intensywności, gdy słońce zasłaniają chmury.

























































